Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Oda. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Oda. Pokaż wszystkie posty

środa, 10 lipca 2024

Od Ody, CD. Ametrine

Oda zazwyczaj nie wahałaby się pozostawić krwawiącego na ziemi aby jego dusza spokojnie odleciała w zaświaty. Nie jej miejscem i nie w jej stylu było mieszanie się w ciemne zakamarki tego świata czy zaczynanie niepotrzebnych bójek z obcymi i niebezpiecznymi podrostkami. Wycofana wadera preferowała spokój swojego zakurzonego domu i ciszę zamkowej biblioteki. Największe przygody przeżywała w sercu czytając książki i próbując zapomnieć o czasach swojej młodości, z których mogłaby sklecić historię godną wydania na papierze. Kto wie, może doczekałaby się sławy jako autora gdyby tego zechciała. Ale jednak, życie w cieniu i w rutynie zdawałoby się idealnym rozwiązaniem dla jej niezbyt przygodowej osoby. Tak więc dlaczego udała się za obcą waderą do zamku? Włamała się z altruistycznych pobudzeń w duszy do zamkniętego składziku cudów i prac, które należało odrestaurować. Do tego wszystkiego namoczyła swoje piękne białe futro w wodzie z kanałów, brodząc w nich podczas podążania krokiem wyraźnie zagubionej medyczki. A po wyjściu, jakby im kłopotów było mało, dopadło do nich jakieś stadko zagubionych dzieci ulicy, którzy sądzili że w zwoju, który aktualnie siedział w jej pysku, znajdować się mogły jakieś niesamowite wartości godne zabicia drugiego wilka i ryzykowania wylądowaniem w najgłębszych odmętach lochów. Cóż za czasy nadeszły, żeby ona, bibliotekarka musiała męczyć się z takimi przygodami.
—UCIEKAJ! — odbiło się od ścian kiedy ten papierek, który niby ma ocalać życia upadł jej koło nóg. Jej towarzyszka zniknęła na chwilę w morzu futra jakie przysłoniło jej światło, a sama Oda została odseparowana od reszty tych bandzioszków kryształową ścianą. Przez pół sekundy wadera nie wiedziała co do końca zrobić zanim nie chwyciła zwoju między zęby i nie rozejrzała się wokoło. Jej instynkt podpowiadał jej uciekaj, a ona sama nie mogła się z tym zgodzić bardziej. Chociaż z drugiej strony… czy ona ma tak po prostu zostawić swoją nową towarzyszkę w szponach tych zawadiaków? „A od kiedy to ty jesteś taka altruistyczna, co?” Oda parsknęła pod nosem. Jej oczy spojrzały prosto w dwa bursztynowe ślepia napastniczki, która teraz przerzuciła całą swoją uwagę na bibliotekarkę. Oda odetchnęła, jej wzrok niewyraźnie znudzony, pysk obojętny, co zdawało się nieco zarówno dezorientować waderę przed nią jak i irytować. No cóż. Oda działała na innych w ten sposób. Jedni szanowali jej nieprzystępność i cichość, drudzy gardzili tym zachowaniem. Wadera ruszyła jednak swoją drogą. Jak miała uciekać, tak niech że więc będzie. Jej łapy odbiły się dwa razy od ziemi, zanim ktoś się za nią rzucił. Trochę za późno, ponieważ silny podmuch wiatru odbił się za nią, a ona sama z gracją połamanego gołębia wylądowała na najbliższym dachu, oglądając się tylko za wilkami, które częściowo nie dały rady oprzeć się jej mocy. Dwóch z trzech bandziorów zatrzymało się na ścianie budynku, który ewidentnie był jakimś małym sklepem. Trzeci natomiast potoczył się i dopiero zbierał z ziemi. „Cóż za szczęście że żadne z nich nie ma skrzydeł.” Mruknęła sama do siebie i przeskoczyła na kolejny dach, jej skrzydło  dopomagając w tych przeskokach. Cel był jasny w jej głowie. Szpital. Tylko… w którą to stronę? Oda musiała sobie przystając na chwilę, aby rozejrzeć się gdzie jest. Z ziemi byłoby jej znacznie prościej! Ale z ziemi ryzykowałaby bycie dogonioną. Co swoja drogą i tak mogło się stać i ku żałości Ody tak też było. Co prawa były to tylko dwa wilki, z czego tylko jeden z ewidentną mocą wiatru, skaczący umiejętnie po dachach, drugi jakoś dawał sobie radę, jednak jego skoki były wymierzone na styk. Jedna ruchliwa cegła lub kafelek dachu i chłopczyna leci w dół złamać sobie karczek na chodniku. Od odetchnęła tak głęboko, że można by odnieść wrażenie że nic ją w życiu już nie obchodzi. Świat mógłby się kręcić bez niej.
—Zatrzymaj się! Oddawaj to!  — te wili za nią były wyjątkowo uparte, a ona chciałaby tylko wiedzieć w którą stronę jest szpital. Zwłaszcza że czasu zanim ją dopadną miała już niewiele. Pozwoliła sobie przy okazji rozglądania wykorzystać silny wiatr i połączyć go odrobinę ze swoją istniejącą już mocą. Skoro może wytworzyć podmuch, to dlaczego nie przyspieszyć już istniejący? Do obu potrzeba wiatru! Kafelki dachu zatrzęsły się, parę z nich opadając na chodnik w dole. To spowodowało tyle że słabszy z wilków zawahał się w skoku i wkrótce do nich dołączył. Oda usłyszała tylko parę przekleństwa za sobą jak wykonała zgrabny skok z dachu, a jej skrzydło miernie poniosło ją przez szeroką ulicę. Wylądowała … ledwo. Jej łapy musiały nieźle złapać się dachu, a tylne łapki odepchnąć od ściany, aby sama mogła wspiąć się na ta równię pochyłą stanowiącą element jej ucieczki. Cóż.  Otrzepując się ruszyła w dalszą podróż, mniej więcej wiedząc już gdzie się udać. Chyba raz była w szpitalu…
—ODDAWAJ.. TO! — wilk za nią także wykonał ten skok. Jednak jego łapy wylądowały na dachu znacznie zgrabniej niż te Ody. Wadera odetchnęła ciężko. Trzeba będzie się użerać jeszcze z tym. Jakby już mało miała przygód tego dnia. „Nie że się o nie, nie prosiłaś stara krowo.” Pomyślała podirytowana własnymi impulsami po czym spojrzała zza grubych szkieł na tego podrostka. Wilk był dość nieduży, jego futro brązowawe w białe łatki tu i ówdzie. Ot co taka przybłęda, mieszana parę generacji pomiędzy różnymi rasami, ale najbardziej na jego pysku odbijał się Malisabis. —Oddawaj. Ten. Zwój. —
—Bo so? — wysepleniła. Kartka w jej pysku nieco jej przeszkadzała w swobodnym mówieniu. No cóż. Groźba i nonszalanckie podejście zdało się zirytować jej przeciwnika gdyż wkrótce Oda spadała z dachu ku ziemi, zgarnięta silnym podmuchem, który zmierzwił jej śmierdzące futro i pchnął w kierunku przepaści. Cóż. Na nieszczęście przeciwnika Oda ma skrzydło i wiatr w swej pieczy, a szybka rekcja pozwoliła jej zgrabnie wylądować na ziemi. Korzystając z rozpędu ruszyła przed siebie, dróżki i cienie będąc jej przyjaciółmi w tym momencie.
Miała nadzieję, że zgubiła tego podrostka gdzieś po drodze. Prawdopodobnie w momencie ,w którym bezczelnie przedarła się przez czyjś żywopłot i ogródek. Dlatego też aktualnie wyglądała jakby zaatakowała ja matka natura, a do tego śmierdziała kanałami. Cóż za radość. Zwój siedział w jej pysku całkowicie bezpieczny i z dala od chciwych łap zbójów, którzy nawet nie wiedzą o co się biją. Oda weszła w skrzydło szpitalne, kiedy noc jeszcze nie uchyliła się do końca dniu. Dobrze… Nie zajęło jej to tak długo, księżyc jeszcze sobie wesoło zaglądał na jej mierne próby powstrzymania niezadowolonego grymasu na pysku.
—O bogowie! — jedna z pielęgniarek pisnęła na jej widok, zakrywając sobie łapą nos. Oda jedynie przewróciła oczyma poprawiając okulary i rzucając im na najbliższy stół ten marny zwój.
—Ame.. Ametro… Ametrine…? W każdym razie… Zwój, kwiatek i lekarstwo, czy coś w ten deseń. — wadera odsapnęła, a widząc nagłe zrozumienie w oczach towarzyszki odetchnęła z ulgą, że to wszystko powoli dobiega końca. Jej zdrowe skrzydło bolało, jej łapy były poobijane, jej ciało podrapane,  sierść śmierdziała nieprzyjemnie.
—Pójdź się przepłukać i zaraz cię poskładamy w całość. — rzekła do niej nieznajoma medyczka i wskazała na jakiś pokój, a kim byłaby Oda żeby odmówić zimnego prysznica i odrobiny mydła.
Po prysznicu, zabandażowaniu i usadzeniu w kącie jakiegoś zagraconego medykamentami pomieszczenia, pozostało jej tylko liczyć na to, że jej znajoma nieznajoma pozbiera się jakoś po tym niebezpiecznym ataku.  I przeżyje… głupio byłoby znaleźć się na jej pogrzebie i nawet nie wiedzieć co powiedzieć, a przecież Oda była ostatnią co ją widziała żywą.

<Ametrine? krótko bo naal mnie czas ciśnie, ale jest ;3>
Słowa:1187

niedziela, 30 kwietnia 2023

Od Ody

Oda niepogodna siedziała w swojej małej ciemnicy w bibliotece. Jedynie światełko gasnącej świecy towarzyszyło jej tej nocy. Jej łapy powoli przekładały kartki, prawie że automatycznie. Patrząc z boku można byłoby uznać ją za robota, mechanicznie wykonującego swoją robotę. Jednak Oda była wilkiem. Wilkiem z krwi i kości. I pomimo rytmu w jaki wpadła przy przekładaniu tego papieru, dokładnie ujmowała wzrokiem i zrozumieniem każdą literkę zapisaną na nim. W końcu nic nie mogło uciec jej uważnemu wzrokowi. Gdyby tak się stało, mogłaby wylecieć z pracy na zbity pysk, a kto inny przyjmie tak obolałą i niechętną do fizycznej roboty kalekę z jednym skrzydłem. Ktoś by się pewnie znalazł, ale zanim to pewnie musiałaby zrobić miliard ogłoszeń z tablicy, żeby zarobić chociaż na chleb. Jednak nie musiała się tym martwić. Na razie było tu i teraz. Wypoczęta, pośród książek, mogła sobie przekładać kartki do woli i poprawić każdy swój błąd. Jej szef nie był w końcu nieskończonym snobem, jak niektórzy, nie wytykając palcami oczywiście.
Wadera w końcu odetchnęła mocniej, kiedy pod jej okiem znalazły się zapiski w języku z jakim się jeszcze nie spotkała. Nie były to runy, ich system pisemny i wszystkie abominacje znała prawie na pamięć. Nie był też to język wilków Wysp, ani ich okolic. Oda obeznana w swoim terenie pisma i czytelnictwa nigdy nie widziała tylu ślaczków, obrazków i literek z kropkami, które tworzyłyby taki zgrany ciąg tekstu. Kto wie, może po rozszyfrowaniu były by na nim ciekawe informacje, a może to tylko jakaś badziewia próba stworzenia kodu zabezpieczającego informacje. Kodu, którego nie zna nikt oprócz samego twórcy, więc nie ma komu go przekazać. W każdym razie. Musiała odsunąć niechcianego gościa na bok. Co najlepsze był to jedyny taki wybryk tej nocy.

Następnego dnia o samym poranku Oda stanęła w progach biblioteki. Wielkie drzwi otwierały się mozolnie. Obok niej niespokojnie z nogi na nogę skakał sobie jakiś basiorek. Niewiele młodszy od niej, ale znacznie bardziej nerwowy przy długonogiej waderze. Ta tylko zmierzyła go wzrokiem. Słońce niedawno wstało, a on już szukał wiedzy w wielkich zbiorach. Taką miała nadzieję Oda, ponieważ nie chciała niańczyć tego młokosa o tak wczesnej godzinie.
—Właź. — prychnęła kiedy tylko otworzyła zamek. Nie zdołała nawet wyjąć kluczy z zamka, kiedy dzieciak jak cień prześliznął się pomiędzy jej łapami, nurkując w półmroku biblioteki. Weszła za nim oczywiście.
Chwilę się kręcił z miejsca na miejsce, ale chyba nie znalazł czego potrzebował.
—Przepraszam? — zagadnął Odę. Ta westchnęła ciężko. Musiała przerwać dla niego rejestrację nowych ksiąg.
—Tak? — poprawił łapą okulary na nosie, aby móc spod nich łypać groźnie na dzieciaka.
—Nie widziała pani może… takiej kartki, z rysunkiem? — widocznie bał się spytać. Jego uśmiech był tylko fasadą dla strachu. Wadera odetchnęła i chwilę się zastanawiała, aż nie spojrzała na biurko za sobą. Telekinezą przywołała dziwne pismo, które wieczorem znalazła. Jednak z obrazków i literek nie pozostało nic. Przynajmniej nie to co sądziła. Teraz te ślaczki tworzyły dość sensowny projekt jakieś maszyny. Musiała być bardzo zmęczona, żeby popełnić taki błąd. A może to była wina gasnącej świecy, która nie dawała wystarczająco światła.
—To? —
—TO! — oddała zagubiony kawałek kartki w ręce właściciela. I tak skończyła się ta dziwna przygoda. Oda w końcu jednak wymieniła tą świecę na nową i przejrzała na nowo dokumenty z tamtej nocy. Ale nie znalazła ani błędów ani dziwnych kodów.


<Koniec>
Słowa:544

czwartek, 30 marca 2023

Od Ody, CD. Ametrine

 Oda odetchnęła. Aroganckość jej samej i osób wokół obijało się często na jej humorze. Wadera, która wypadła z biblioteki nie była może przy zdrowych zmysłach, albo spieszyła się trochę za bardzo. W końcu nic w świecie na ciebie nie czeka, a jednak jednoskrzydła samica miała w zwyczaju chodzić swoimi ścieżkami i to całkowicie powoli. Wbrew światu, może nawet odrobinę. Wzrokiem odprowadziła białe futro samicy i odetchnęła. Leksykon znajdował się wewnątrz Królewskiego Zamku, chronionego przez patrole żołnierzy. Ta wariatka raczyła dla jednego życia ryzykować własnym, cóż za żarty, czyż nie? Oda nie była pewna czy samica poradzi sobie, jednak próbowała to wyprzeć z siebie.
Niewiele to dało. Ogień na jej świeczce na biurku nie wypalił nawet kawałeczka świecy, kiedy samica wstała. Przetarła oczy łapą, a okulary wilgotną ściereczką. Odrzuciła na bok ten kawałek materiału i odetchnęła. Samotny płomyk zawibrował przy tym nagłym podmuchu, aby zgasnąć tracąc swoje marne życie.
—Cóż za metafora — pokręciła głową i pochwyciła telekinezą klucze, aby zawiesić je w swoich zębach. Poprawiła skrzydła na plecach, aby trzymały się siebie porządniej. Miewała czasami problemy z tym paskudnym kikutem, gdyż mięśnie w nim leniły się od czasu do czasu, pozwalając mu opaść ku ziemi. Było to o tyle niekomfortowe, że utrudniało jej Wypych w górę, bo o szybowaniu od lat nie było nawet mowy. —Oh… słodkie niebiosa. Iść za nią czy nie iść? — spytała się na głos zadzierając pysk ku wielkiemu oknu. Przymknęła oczy jakby licząc, że odpowiedź przyjdzie do niej sama. — Misja samobójcza. Nie brzmi wcale tak źle. —
I tak też postąpiła. Może to nie niebiosa podyktowały jej tę decyzję, a serce. A przecież tego durnia należy się słuchać, prawda? Czasami było warto. Oda przestąpiła z łapy na łapę obserwując jedno z okien. Jej łapy zgrabnie przesunęły po chropowatej ścianie. Ile to już minęło od takich akcji. Ostatni raz wykradała się spod nosa ojca, aby popatrzeć na zamazane niebo. Ach, słodkie czasy dzieciństwa szkoda, że spędzone bez okularów. À propos tych przydatnych szkiełek. Oda musiała poprawić je po raz kolejny, a więc w obawie, że spadną zamknęła je w swoich zębach. Ostatni raz słuchając i rozglądając się za jakimkolwiek światłem w oknach zaczęła swoją wspinaczkę. Jej ogon posuwał po bluszczach łapiąc w sierść co mniejsze listki. Jednak nie mogła się tym przejmować, gdyż zatrzymałoby jej to podróż, która musiała przejść jak najszybciej. A jak Oda dostała się na same tereny zamku, do tego od ogrodu? Cóż. Miała klucze nie tylko od biblioteki i tyle sobie powiedzmy i zachowajmy w tajemnicy. Nie ważne skąd je ma. Ustawiła stopy na balkonie otrzepując jeszcze sierść. Znalazła to okno, otwarte, chociaż nie do końca. Bardziej adekwatnym określeniem byłoby słowo uchylone. Nie ma jednak niczego czego odrobina siły nie zdoła pokonać. Delikatny powiew i chwila kombinowania przy zawiasach sprawiła, że okienko otworzyło się zgrabnie. Wadera wsunęła się do środka. Warto było być chudym, a wyglądać na masywną. Jej łapy miękko uderzyły o posadzkę, nos zawęszył. Gdzieś w oddali odbiły się dźwięki zbroi, oddalające się od jej osoby. Wokół panowała ciemność i tylko co jakiś czas rozstawione pochodnie dawały mdłą świadomość życia w tym budynku. Noce są doprawdy piękne w swoim milczeniu, nawet w tak ruchliwym miejscu, jak zamek. Jednak nie tym należało sobie teraz zaprzątać głowę. Oda przesunęła się przez korytarz niczym widmo. Biała sierść skąpana w blasku księżyca błyskała jakby zmarła wstała ze swojego grobu i nawiedzała ten świat w ramach zemsty. Przeskakiwała pomiędzy drzwiami, kierując się zapachem poznanej niedawno wadery. Ten zaprowadził ją pod drzwi, które Oda już znała. Była tutaj, jako świeżak. Nawet jeśli pracowała w bibliotece od niedawna, odbierała stąd księgi dość regularnie. Zwłaszcza jak musiała pospieszać proces dla niektórych lektur. Pokręciła głową i wykonała ostatni zakręt. Przed wejściem spał klucznik. Drzwi były uchylone, a więc pchnęła je łapą. Te zaskrzypiały delikatnie co spowodowało grymas niezadowolenia na pysku Ody. Wsunęła się do wnętrza. Światło z zewnątrz rzuciło jej cień na ściany, nadając jej jeszcze mroczniejszego wydźwięku. Gdyby stary wilk raczył wstać teraz ze swojej słodkiej drzemki, prawdopodobnie przeraziłby się. W każdym razie, samica wsunęła okulary na pysk. Rozejrzała się i przymknęła tylną łapą powoli wrota.
—Jesteś tu? — szepnęła chrapliwie. Głowa medyczki wychyliła się spod biurka.
—Przyprawiłaś mnie o palpitacje serca. — syknęła w jej kierunku. Bibliotekarka tylko odetchnęła.
—Znalazłaś, co potrzebujesz? — podpytała. Jaj łapa przesunęła po zakurzonych szafkach.
—Znalazłam. — odparła krótko. Popatrzyły po sobie, a bibliotekarka zmieszała się odrobinę. Mdłe światło księżyca wdzierało się przez szparę w otwartych drzwiach, rzucając cienie na poszarzałe ściany.
—Po co przyszłaś? — nieco za cicho medyczka wypuściła te słowa ze swojego pyska. Jej łapy już sięgały z powrotem do starych ksiąg i kawałku pergaminu.
—Jak umierać to lepiej nie samotnie. — odetchnęła. Jakby, nie chciała zdradzać się ze swoimi słabościami. To nigdy nikomu na dobre nie wyszło, zwłaszcza nie jej. Samica rozejrzała się po półkach pełnych starych ksiąg.
—Stary pryk. — prychnęła widząc na nich lekturę, o którą upominała się już dłuższy czas. Piękną, pełną runicznych słów i normalnego języka. Chociaż pewna nie była jakiego gatunku jest to tekst, podejrzewała poezję. I chciała ją odzyskać. — niech tylko powie że jej nie ma u niego. — zacmokała do siebie.
—Skończyłam. — szepnęła Ametrine wyrywając Odę z głębokiego zamyślenia nad słowami.
—To zjeżdżamy stą…— i wtedy w korytarzu zaskrzypiała zbroja oraz rozległy się głosy. Ciepłe światło ognia wsunęło się niechciane do pomieszczenia.
—Hey! Wszystko dobrze? — ktoś wydarł się w korytarzu. Oda zjeżyła się od stóp do głów od razu z odruchu ukrywając swoje okulary. Mimo wszystko dawało jej to dozę inności i anonimowości. Odrobinę zmieniały jej wygląd. Bieg straży po korytarzu wprawił obie samice w przestrach. Ich oczy się spotkały.
—Co teraz? — prawie niemo Oda wyszeptała do drugiej.
—Uciekamy. — wysapała medyczka porywając pergamin w pysk, aby go nie zgubić. Kiedy drzwi uchyliły się pchane przez opancerzoną łapę Oda wykonała zgrabny skok. Jej biała sierść przeleciała niczym duch nad przerażonym wilkiem. Pochodnia uderzyła o posadzkę.
—WIDMO! — basior, który ich nakrył przewrócił się, pozwalając medyczce na wykonanie tego samego ruchu. Skorzystały z chwili nieuwagi samców stróżujących korytarze zamku i zbiegły.
—Dokąd? — Oda zamachała skrzydłem dla lepszego rozpędu.
—Do ogrodu. Jest tam dziura. Nasza jedyna szansa. —
—W… W…wracaj tu… ty wi…widmo!— roztrzęsiony głos zza ich pleców zdawał się ich gonić. Za oknem zaczęły wznosić się drzewa i kwiaty.
—Oknem…—
—Ale ty… możesz latać?— Ametrine zapytała zaskoczona. Jej głos był stłumiony ze względu na papier powiewający między jej zębami.
—Dam radę. — wyższa wyhamowała i z impetem uchyliła okno. Medyczka wyskoczyła przez nie w oka mgnieniu, natomiast Oda obejrzała się jeszcze w kierunku strażników, którzy zatrzymali się w pół kroku.
—W.. widmo! — jeden z nich szczeknął jeszcze raz zanim wadera zniknęła w oknie. Miała tylko jedno skrzydło, więc droga dla niej była utrudniona. Jej łapy uderzyły o mały daszek pod spodem ledwo się na nim zatrzymując. Jej serce zabiło intensywnie kiedy spojrzała w dół. Wysokość na chwilę zdała jej się za wysoka na jej umiejętności, jednak jaki wybór miała. Skoczyła wspierając siebie i upadek jedynym skrzydłem. Cudem wylądowała, a i tak potknęła się o długie patyki robiące jej za nogi. Szybko pozbierała się z ziemi. Jej towarzyszka czekała już na nią w połowie ogrodu.
A potem obie zniknęły w dziurze.
—Nigdy więcej.— Oda zadyszana odsapnęła. Nie przywykła do robienia tylu wygibasów. Zmęczona ze względu na swój powolny styl życia, musiała sobie przystanąć po tym panicznym biegu.
—Sama przyszłaś.—
— Przynajmniej wiem, że już nie wrócę. Oby nas nie rozpoznali…— bibliotekarka nałożyła na nos okulary i świat nabrał ostrości. —Oby…—
<Ametrine? Wybacz. Nie miałam czasu i siły więcej napisać niestety>


Słowa: 1223 = 82 KŁ

sobota, 3 grudnia 2022

Od Ody, CD. Ametrine

Oda na chwilę przystanęła we własnym umyśle. Jej łapy wyrzuciły resztki szkła do kosza stojącego przy drzwiach. Odetchnęła. Chyba nieco za długo myślała, gdyż wadera po jej prawej prychnęła pospieszająco.
—Ah tak. Leksykon. — Jednoskrzydła zmarszczyła nos. Jej umysł zgrabnie przeleciał przez pasma niepamięci, aby wydobyć z nich to czego poszukiwała. — Mieliśmy chyba jeden tomiszcze tego cuda. — pomachała łapą. Jej krok zebrał się w kierunku biurka, obok którego w zasięgu wzroku były drzwi do archiwum. Otworzyła je z rozmachem. Czuła, że zestresowana medyczka podążyła za nią, niczym drapieżnik podążający za ofiarą. Nieprzejęta tym kompletnie, sięgnęła łapą po lampkę. Będzie jej potrzebowała. Zdało jej się przy tym, jakoby w oczach nowej znajomej błysnęło niezadowolenie. Czyżby Oda za wolno się poruszała? Nieznacząco przyspieszyła kroku, jednak to było na nic, gdyż wewnątrz archiwum musiała być nader ostrożna.
—Wybacz, że spytam. Ale po co tu wchodzimy? — niecierpliwość przelewała się przez jej ton głosu, kiedy odezwała się zza pleców bibliotekarki.
—Oh. Archiwum, tak. Może być nieoczywiste. W każdym razie. Jestem pewna, że książki, której szukasz nie ma u nas na półce. Tytuł ten widziałam ostatnio, kiedy byłam ledwie uczennicą poprzedniej bibliotekarki i wypisywała książki „na straty” jak ja przed chwilą. Zatem szukamy gdzie nasz drogi leksykon znajduje się teraz. — odpowiedziała. Parę egzemplarzy archiwalnych zapisków podleciało w ich kierunku. Oda przyglądała się każdemu po kolei, prędko wertując kartki.
—Jesteś pewna, że nie ma jej na półce?! — wadera zza jej pleców przeskoczyła z łapy na łapę.
—Jeśli pragniesz mi nie ufać, droga jest wolna. Możesz iść jej szukać. — obojętnie odrzuciła jej pytanie. Była pewna. Zdążyła już zapoznać się z biblioteką i zachować sobie w sercu i umyśle każdy jej najdrobniejszy kąt i większość tytułów, zwłaszcza takich, które kiedyś już widziała. Ametrine wydała z siebie przedziwny dźwięk. Czy była to frustracja uchodząca z ciała, czy złość, Oda nie była pewna, ale był tak wyjątkowy i niespotykany, że poprawiając okulary odwróciła głowę. Ogon nieznajomej właśnie znikał w drzwiach. Wadera najwidoczniej miała dość czekania, pomimo że to wszystko wcale nie trwało tak długo. Oda pokręciła głową i przysunęła do siebie kolejną zapisaną drobnym druczkiem książkę. Szkła w jej okularach zabłyszczały w mdłej poświacie świecy. Jej łapy przesunęły po kartkach, oczy zmrużyły w półmroku. Uważnie szukała, książka za książką, aż w końcu poszukiwany tytuł nie wpadł w jej oko. „Leksykon roślin leczniczych i niebezpiecznych stosowanych w medycynie” widniał na jednej ze stron ksiąg archiwum. Oda odczytała uważnie informacje. Ledwie chwilę po jej przybyciu do biblioteki książka została oddana do restauracji, gdyż jej kartki rozpadały się powoli, a zamazane litery musiały zostać przepisane na nowo. Jednak zdawało się, że nie stanowiła priorytetu, gdyż część ksiąg z tej tury już powróciła na półki w wielkiej sali.
—I cóż z tobą zrobić? — spytała sama siebie i zamknęła książkę z hukiem, wcześniej wkładając w nią luźne pióro. Jej łapy powoli i niespiesznie wystąpiły zza drzwi, zamykając je za sobą. Klucz zazgrzytał w zamku, a Oda podreptała poszukać swojej towarzyszki.

Cóż. Ta uporczywie szukała książki na półkach. Jej łapy przesuwały po kolejnych okładkach, oczy niespokojnie czytały rozsypane słowa.
—Nadal szukasz? — Oda spytała, jej głos był zaskakująco emocjonalny. Czuła się zaskakująco w nastroju do śmiechu, tylko szkoda, że bardziej z kogoś niż z kimś. Powstrzymała się jednak. Nie wypadało śmiać się z kogokolwiek i nawet jej niepewne społecznie morale wiedziały o tym za dobrze. Jej oczy zza szkiełek powoli zeszły się z tymi medyczki, która zirytowana wykrzywiła swój pysk.
—Tak.— prychnęła wracając do półek.
—Nie znajdziesz jej tu. Mówiłam już. Jest w naprawie. — łapa wadery zatrzymała się na okładce kolejnej lektury.
—Co?— jakby nieco nie dowierzała, zwróciła swoją głowę w kierunku Ody.
—Nie zamorduj mnie tym wzrokiem, proszę. — Oda uśmiechnęła się nieco krzywo. Żart miał trochę rozluźnić atmosferę, ale czy się udało. Kto to wie. — Książka trafiła do naprawy ze względu na jej marny stan i fakt, że nie była używana. — wypowiedziała się. — Mieliście, jako medycy, jeszcze jeden egzemplarz, więc ten nie uzyskał priorytetu, wiec pewnie nadal tam siedzi. Jest nadzieja, że już może znajdować się w zamku i czekać na oprawienie, w innej salce bibliotecznej, jednak tam nie mam jak wejść. Nie mam kluczy, nie ja się tym znajduję. — pokręciła głową. Medyczka zmarszczyła nos, łypnęła krzywo na biedną bibliotekarkę i odłożyła książkę.
—A kto ma klucze? —
— Albo klucznik, albo jeden z dwóch pracowników, ale nawet nie wiem kim oni są. —

< Ametrine?>
Słowa: 713 = 41 KŁ

sobota, 5 listopada 2022

Od Ody - event Halloween, quest I

[opowiadanie nie jest kanonicznym wydarzeniem w życiu wilka]

Halloween. Jakże wyjątkowy czas dla wszystkich dzieci. Jednak to nie był czas dla Ody. Tłumy wilków zalewały ulice, targi bywały jeszcze głośniejsze, a im bliżej tego czasu tym więcej osób wokoło mówiło o tym głośniej i głośniej. Samica miała ochotę wyłącznie zaszyć się pod kocykami nieustannie wspominanej nocy i nie wychodzić spod niego przez parę następnych dni. Aby to wszystko umilkło, aby tylko dało się przetrwać do następnego roku bez najmniejszego wspomnienia z pyska zupełnie obcego jej wilka. Najczęściej tego zboczeńca przesiadującego w bibliotece i oglądającego ją zamiast książek. No cóż. Niektórzy są zwyczajnie bezczelni.
Jednak nie przyszło jej zaszyć się w samemu sobie. O nie, nie. Oczywiście. Los uparł się aby ja odrobinę podrażnić, a przez odrobię mam na myśli do czerwoności.
—To? — jej sąsiad popatrzył na nią tymi swoimi oczkami, które tak desperacko próbowały imitować szczenięce słodkie spojrzenie.
—Muszę? — Oda skrzywiła się. Znała odpowiedź. Naprawdę lubiła dobrego Kana, ale wyjście, zwłaszcza dzisiaj, mogło być dla Ody śmiertelne. Głównie dla jej baterii społecznej, która i tak już ledwo zipała, próbując gonić za społeczeństwem.
—Proszę. — złożył łapy, zaskamlał . Wadera zagrzmiała, przewróciła oczyma.
—Ty stawiasz. —
—Ja stawiam ! — i ucieszony zniknął. A o co chodziło? Otóż, może są biedniejszą rodziną, ale dzieciom nie odmawiają. Co roku wychodzą na smakołyki i zabawę, jednak tylko z mamą. Ojciec, nieszczęśnik, zawsze jest pozostawiony sam sobie. Zamknięty w tych ciasnych czterech ścianach. Tym razem jednak, z racji nowej i całkiem znośnie dobrej relacji z Odą, postanowił zaprosić ją na małą wyprawę na miasto. Dla samicy było to zbędne, dla samca największą radością. Więc ciężko było odmówić, nawet jej. W końcu była chyba jedyną jego znajomą, która nie miała planów. O ile w ogóle nie była samotna w jego gronie najbliższych, którzy nie są rodziną. Kto go tam wie. Jeszcze nie są na tyle zaznajomieni aby zwierzać się sobie z najgłębszych sekretów.  Wilczyca zamknęła drwi, rozciągnęła skrzydło i odetchnęła. Kurz w pokoju zatańczył przy podmuchu, a zastałe powietrze przesunęło się między szarymi piórami.
—I na cóż ci to kobieto. — mruknęła sama do siebie kręcąc głową.

Wieczór nadszedł. Oda od razu rozpoznała tupot małych łapek na drewnie. Dzieci wychodziły na „polowanie”. Szczenięca radość była słyszana przez ściany, jak tylko wykroczyli zza ciężkich drewnianych drzwi mieszkania. Samica podniosła się z łóżka i rozciągnęła mięśnie. Zapowiadała się ciężka noc. Przynajmniej dla niej. Krótkie pukanie zakończyło słodką ciszę, która wcale taka cicha nie była. Za oknem panował totalny chaos. Tłumy wilków w przebraniach i bez, stragany,  handlarze, przekupki i kupujący, który jak dzikie hieny rzucali się na dobroci oferowane na kolorowych szmatkach. „Tak mi się nie chce” przeleciało jej przez głowę, a jednak otworzyła drzwi. Uśmiechnęła się delikatnie. Przywitała. Niektóre bariery dało się przesunąć, niektórych nie. Ta było zbyt płynna aby zastosować wymówkę jakiejkolwiek treści. Nie mogła więc wycofać się w ostatnim momencie. Nieco zrezygnowana, ale gotowa na wyzwania wstąpiła pomiędzy trzy rozbiegane szczeniaki. Z głębokim westchnięciem kiwnęła głową kochanej Bieluni. Zabrali się. Zaraz przy głównej ulicy każda grupa poszła w swoją stronę. Trójka rozrabiaków z kochaną rodzicielką ku targom, ku domom, a Oda z Kanem w kompletnie innym kierunku.
—Dokąd idziemy? — biała wilczyca zagadnęła starszego, Ten uśmiechnął się szeroko.
—Zobaczysz, zobaczysz. Mój ulubiony bar! Zaraz tutaj, niedaleko. —
Oda westchnęła. Bar był tłoczny, tłumny wręcz. Wilki przepychały się jeden obok jednego, wpadały w siebie w pijanym tańcu. Kana, niższy od białej wadery, zwinnie przemykał pomiędzy tym morzem głów. Odzie nie szło tak sprawnie. Jej masywne skrzydło utrudniało jej przejście pomiędzy tą rzeką sierści. Powoli jednak i doszła do celu, siadając obok przyjaciela o ciemnym futrze.
—Co podać? — zagadnął barman po chwili. Oda podniosła wzrok, zaglądając na całkiem przystojnego basiora przez swoje okulary.
—Poproszę coś… mocnego. — odetchnęła zawijając ogon do siebie, bowiem został zdeptany już przez parę łap. To był właśnie problem ciasnych miejsc. Zajęta owijaniem się we własne futro nie słyszała co zamówił jej towarzysz, jednak postanowiła zignorować swoją nikłą ciekawość na rzecz trywialnych rozmówek jakie przyszło jej z nim prowadzić.
—Strasznie tu głośno.  — mruknęła zaraz obok jego ucha. To poruszyło się nieznacznie, widocznie szukając znaczenia jej słów zawisłych w powietrzu.
—Jak w każdym barze. — Kana mówił głośniej niż ona. Nie była zaskoczona. Miał znacznie więcej czystej charyzmy niż ona razy dwa. Pokiwała głową. — Ale musisz przyznać. Przyjemnie tutaj. I jest pewnie na czym oko zawiesić. —
—Od razu zawiesić. — przewróciła oczami. Nie interesowało ją randkowanie. Nie na ten moment. Zdawało jej się to zbędnie absurdalne, zwłaszcza, że musiała uczyć się i uczyć. Chciała opanować stary język i runy jak najszybciej, gdyż wiele książek zapisane w taki właśnie pradawny sposób zawierało w sobie niezmierzone ilości wiedzy. A miłość rozpraszałaby ją tylko niepotrzebnie.
—No. Dla młodej damy jak ty, barman. Bardzo przystojny, czyż nie. — kufel uderzył o blat baru. Ciemny i wysoki wilk zmierzył ich dwójkę zadziornym wzrokiem. Chyba wiedział, że o nim mowa.
—Przystojny, a jakże. Ale wygląda na całkiem pustego. — powiedziała obojętnie, chwytając swojego drinka. Telekinetycznie raczyła unieść go ust i upić odrobinę, wzrokiem mierząc się z poważną miną basiora stojącego naprzeciw. Trwało to ledwie kilka sekund, aż on był pierwszym który się wycofał. Walka wygrana, kto wie jak wyglądać będzie wojna. Drink pierwszy  drugi zniknęły z jej powodu, z kolei jej towarzysz opróżnił trzy kufle ważonego piwa, podobno świeżego. I kiedy nóżka pięknego kieliszka z resztką napoju Ody uderzyła z cichym brzdękiem o blat baru, zaczęło się przedziwne zdarzenie. Jej przyjaciel, u jej własnego boku zmarszczył się. Gdzieś pośród tłumu pisk wzbił się ponad głowy przełamując się przez hałas. Nastał moment ciszy. Ciszy przed burzą. Zaraz potem panika. Wilki przepychały się do wyjścia, szklanki tłukły się o ziemię. Oda miała tyle szczęścia i nieszczęścia, że znajdowała się od wyjścia najdalej. Powoli przesunęła kieliszek z dala od siebie, nie czuła ognia, więc stwierdziła że nie ma czego się bać. O jakaż złudna to nadzieja. Tuż obok niej Kana zwinął się z bólu. Wadera rzuciła na niego okiem, jej łapa instynktownie przesunęła po jego plecach w geście prostego i naturalnego zmartwienia. I wtedy też do niej dotarło. Odór krwi pomieszany z przedziwnym zapachem nieznanej jej mazi. Rozejrzała się i zamarła z wyrazem obrzydzenia na pysku. Pająki. Jak ona nie cierpiała tych stworzeń W bibliotece były największym utrapieniem. Zaraz po wkurzających czytelnikach rzecz jasna.
Stworzenia jednak nie raczyły rzucić się na tłumy. Z jakiegoś powodu stały w bezruchu, zamarzłe niczym zatrzymane w czasie. Niektóre z kończynami daleko rozłożonymi, inne skulone gdzieś pod ścianą. Czyżby przemiana działała wyłącznie na ciało? Ciekawy musiałby to być eliksir. Oda nie zdążyła się nad tym bardzo zastanowić gdyż do wnętrza pomieszczenia wpadł ktoś obcy. Pozostałe w barze wilki odwróciły na niego głowę. Jakaś resztka nieszczęśników, którzy do tej pory zastygnięci byli w bezruchu przerażenia, przemknęło obok obcego, poruszając jego płaszczem. Wilk nieprzejęty wkroczył za próg tego parszywego miejsca zbrodni.
—Co tu się stało? — karczmarz mało nie upuścił beczki z piwem, po którą zniknął dosłownie na sekundę.
—Nic wielkiego.  Wina tego co wsypali do piwa. — basior, ewidentnie basior, wskazał na jedną z pustych beczek, po czym na te wielkie włochate stworzenia. Jord przetarł pysk łapą odstawiając niesiony przedmiot z hukiem na podłogę. A Oda tylko się temu przyglądała popijając już trzeciego drinka, dalej przeciągając łapą po plecach, teraz już pająka, Kana. Kaptur nieznajomego został zdjęty, jego pysk skrzywił się w wyrazie czystego obrzydzenia.
—Czyli jeśli dobrze rozumiem, ktoś dosypał coś do piwa. — karczmarz uchylił się przez jednym z absurdalnie wielkich stworzeń, przemieszczających się po ścianie. — Wiesz jak to odwrócić. — nieznajomy tylko wzruszył ramionami.
—Czy ja wiem. Nie ma nic za darmo. — pokręcił nosem, i jeden i drugi. Ich spojrzenia spotkały się, walcząc, jak jeszcze niedawno Oda z młodzikiem, pomocnikiem karczmarza. Wadera raczyła więc ciężko odetchnąć.
—A co marzy się takiemu gburowi w nagrodę w zamian za odrobinę wiedzy? — spytała wyraźnie zdegustowana. Zarabianie na czyimś cierpieniu było aż nadto obrzydliwe.
—Trochę pieniędzy, jak to co. —
—I gwiazdkę z nieba. — prychnęła. — Skąd w ogóle wiesz, że to środek w piwie? —
—Bo to.. zdarzyło się już dzisiaj częściej. Zdążyłem to wywnioskować. —
—I zarabiasz na magicznym antidotum, huh? — łypnęła na niego.
— Nie ma żadnego antidotum, tylko wiedzę jaki to środek. —
—Yhymm… Ten sam który tam dosypałeś czy sobie wymyśliłeś? —
—EH! Przepraszam cię bardzo, niczego nikomu nie dosypywałem! Ten środek to transformujący środek.. ah… widzę, wiedze co robisz. Sprytnie, muszę przyznać. — obcy wyszczerzył wszystkie swoje kły w wyjątkowo ohydnym uśmiechu.
—Ja? Robić coś? Skądże. — pokręciła głową. Jej łapa odsunęła pusty kieliszek. — To ty tutaj w coś się bawisz. —
—nie bawię się. Przychodzę z pomocą. — znowu się skrzywił.
—To może nam jej udziel? — jej uśmiech posłany w jego stronę był wyjątkowo szyderczy. Podpita Oda to wyjątkowo wredna Oda. A przynajmniej w takim humorze. Obcy parsknął, zakręcił się w kółko i spojrzał na nich jeszcze raz.
—Dobra, dobra. Dwie monety, symboliczna zapłata za usługę. — machnął łapą jakby go od tego faktu miało ubyć przynajmniej połowę.  Jego życzenie zostało spełnione, a środek zdradzony. Oda zmarszczyła nos, kiedy Jord i obcy rozmawiali o antidotum. Pająki jakby niewzruszone zaczynały pałętać się po pomieszczeniu i wić sieci. Jeszcze chwila i pozamykają im wszystkie drogi wyjścia.
—Moja Karczma! — zawył jeden z samców załamując łapy.
— Czas na mnie, chyba. — Oda odetchnęła. Znała środek, nazwę i składniki. Należało wybrać się do biblioteki, czyż nie. — Żegnam. Do zobaczenia.

Tysiące kartek przewróciła zanim rzeczywiście znalazła to czego potrzebowała. Bez zastanowienia wzięła książkę „pod pachę” i ruszyła w kierunku rynku. Krzyki i piski rozdzierały się przez trwającą w najlepsze noc. W końcu niecodziennie widuje się paradę wielkich, włochatych pająków, próbujących zamknąć cię w sieci.  Oda jakoś boczkiem zdołała przemknąć niezauważona, zbierając ze straganów, opuszczonych i samotnych, tego co potrzebowała. Czy to kradzież jeśli próbujesz uratować innych? Kto wie. Nie bardzo ją to teraz obchodziło. Zmieszane ze sobą składniki, śmierdziały niemiłosiernie, aż samica musiała zabezpieczyć się przed ich działaniem, paroma tkaninami na pysku. A gdzie nie poszła każdy zapadał w głęboki sen. Otóż. Mikstura dorzucona do alkoholu przemieniała na zawsze, otumaniała umysł, zmieniała instynkty, jednak dolana do środka o zupełnie innym działaniu, jak piwo, traciła swój element długotrwałości. Niezwykłe czyż nie? Zatem wystarczyło tylko trochę poczekać, prawdopodobnie do rana, aż wszyscy wrócą do normy kompletnie nie pamiętając co tak właściwie stało się w ciągu ostatnich paru godzin. Stąd szybkie usypianie miasta, wszystkimi środkami jakie Oda miała pod ręką. Z racji tego że mistrzem zaklęć nie była, nie mogła ryzykować ich użycia. Więc drugim najprostszym sposobem było sporządzenie innej miksturki. Cudowne czyż nie? Niekoniecznie, gdyż jej samej robiło się sennie, a miała jeszcze karczmę do uspania. I to nie jedną a trzy. I trzeba jej przyznać że niewiele brakło a nie dotarłaby do baru gdzie popijała drinki ze swoim przyjacielem. A jednak. Wpadła tam i padła na ziemię zasypiając. A w jej ślad poszli wszyscy inni.
A poranek był niezwykle konfundujący dla wszystkich obecnych. Czy Oda spiła się aż tak, że usnęła na podłodze karczmy? Kto by to wiedział, skoro nikt niczego nie pamięta…


Nagroda: 150 KŁ + 10 punktów do intelektu

środa, 2 listopada 2022

Od Ody

„Wstajemy”. Jej głowa wydostała się spod wielu koców, leżących na jej plecach. Jej pysk powoli rozwarł się, ukazując rząd błyszczących i ostrych kłów. Biała sierść, przyozdobiona paroma tylko łatkami była całkowicie zmierzwiona po jakże przyjemnej nocy. Była sama. Jak ostatnimi czasy zawsze. Ale Oda w końcu przywykła do nieustannej ciszy. Jej łapy stanęły na twardym drewnie pokrywającym podłogę ciasnego mieszkania. A jak ciasnego? Otóż. Wadera, gdyby rozłożyła swoje jedno skrzydło stojąc pod jedną ze ścian, przycisnęła by jego czubek do ściany naprzeciw. Jednak nie było się temu co dziwić. Mieszkała zaraz obok rynku. Wejście do budynku było schowane w jednym z wielu odnóży odchodzących od głównego placu. Zawsze ciemne, często niebezpieczne i schowane budynki. Zabrane z widoku. Zaletą było, że Oda miała stosunkowo niedaleko do pracy. Los pozwolił jej, mieć chociaż jedną ładną rzecz w życiu, ponieważ wnętrze było zupełnie inne od zewnętrza. Dobre, porządne łóżku, zawsze zakryte kocami i poduszkami. Pomieszczenie miało też parę zadbanych mebelków. Z porządkiem było zupełnie inaczej. Oda nie była w stanie utrzymać porządku w swoim małym gniazdku. Do tej pory nie przywykła do posiadania stałego miejsca zamieszkania. Jej rzeczy i ewentualne, ciepłe szale i chusty leżały w torbie, stojąc przy drzwiach. Kocyki zawsze miała na zapasie, umieszczone zaraz obok. Prawie całe swoje życie przemieszczała się od jaskini do jaskini, od polany do lasu i jeszcze dalej. Dlatego kurz pokrywał większość płaszczyzn mieszkania. Oda zwyczajnie była gotowa ruszyć w drogę, jak jeszcze niedawno robiła. 

Poranki bywały dla niej brutalne, chociaż i tak pewnie było lepiej niż u jej sąsiadów Przemiła rodzinka, aczkolwiek mieszkająca w piątkę w tak małym pomieszczeniu. Trójka dzieci i rodzice. Cóż. Los czasem bywa brutalny. Jej łapa sięgnęła po okulary, które zaraz założyła na nos. Odkąd przybyła do centrum komfort jej życia poprawił się znacznie. Otrzymała te szkliste cudeńka i nagle świat przestał być tylko rozmytym obrazem. Nabrał kształtów, konturów. I nawet jeśli te małe cacka na cienkich oprawkach, parowały i zamarzały nieustannie, Oda gotowa była siedzieć i chuchać na nie byleby widzieć. W końcu zawdzięcza im swoją pasję, normalne życie i pracę. Tak więc poprawiając je na nosie wyszła z mieszkanka. To zamknięte zostało porzucone na kolejne godziny, a kto wie, może znowu na całe dnie. Biały mieszaniec nie należał do tego rodzaju pracoholików, którzy robią to aby robić. Nie, nie. Nauka była jej pasją. Cudem dostała pracę wśród największych zbiorów ksiąg tego królestwa, wiec mogła z niego korzystać. Nie należało to do najprostszych zadań, nie w ciągu dnia. Nocą niewiele osób zjawiało się w progach zakurzonego dziedzictwa Królestwa. Wtedy mogła czytać. Światła świec leniwie otaczające zatęchłe karty kolejnych książek, pożeranych przez zasłonięte za szkłem oczy, było największą przyjemnością w jej życiu, odkąd porzuciła rodzinne grono. Czytanie i wiedza dawały jej słodkie poczucie komfortu. 

Jej długie łapy szybko i zgrabnie przemierzały jeszcze śpiące zaułki. Centrum bywało czasami zaspane, zwłaszcza kiedy słonce ledwo wychylało swoje oblicze ponad horyzont. Delikatny wiatr przebierał między jej bielusią sierścią, łaskocząc delikatnie. Im bliżej głównej drogi się zbliżała tym żywiej się robiło. Wilki wystawiały swoje codzienne stanowiska. Chleb, bułki, może nawet mięso i masło sprzedawali od samego ranka po zachody słońca. Jej łapy przemknęły pomiędzy futrami obcych jej stworzeń. Jedno ocierało się w tłoku o drugie, jednak główna ulica była najbardziej wydajną ścieżką. Przynajmniej dla jej kościstych nóg.

W parę, może paręnaście, minut była na miejscu. Jej słodka, słodka praca. Zapach starych ksiąg i kurzu otoczył jej zmysły kiedy wkroczyła przez drzwi do ciepłego wnętrza biblioteki. Skrzypiąca podłoga z otwartymi ramionami przywitała jej ciężar wesoło przygrywając tylko sobie znane nuty. Cisza oczarowała jej zaspany umysł, a powieki automatycznie zrobiły się zaskakująco ociężałe. Jednak praca należała do najprzyjemniejszych jakie mogła dostać. „Wygrała życie” jak to śmiali się jej sąsiedzi. Z grzeczności nie śmiała zaprzeczyć. Chociaż było w tym ziarenko prawdy, gdyż kim mogłaby zostać, gdyby nie otrzymała ciepłego miejsca tutaj, w kącie przy małym biureczku, pośród kartek i karteluszek. Pod okiem regałów pnących się na metry ku niebu, zakańczając pod malowanym sufitem. Wielkie okna i ogromne kopuły wpuszczały tu mnóstwo światła dziennego działając niczym reflektory dla małego teatru kurzyków tańczących w powietrzu. Niesamowity bal wrzał wokół, a z każdym krokiem i uważniejszym wzrokiem malował się szybciej i piękniej. Oda odetchnęła, gdyż ten widok codziennie wprowadzał uśmiech na jej pyszczek. Minęła paru pracowników albo uczonych, nie przyglądając im się za bardzo. 

A właściwie jak udało jej się zagrzać miejsce w tak cudownej rzeczywistości? Otóż cudem zjawiła się w dobrym miejscu i dobrej porze. Młoda, może trochę głupia, gdyż zaufała obcemu bez większej refleksji, podążyła za nim. I została zastępstwem starej jak „świat” bibliotekarki, która może dość miała już kurzu i książek. Taki oto sposób. Na szczęściarza. Cuda się zdarzają, prawda? Niekoniecznie, ale to kwestia wiary, a w tą Oda nie raczyła zagłębiać łap za głęboko. Jej krok żwawo podążył do stanowiska pracy, gdzie rozgościła się. Ogon zarzuciła przez łapy, owijając się nim jak prywatnym kocem. Zaczęła się jej zmiana, jakkolwiek by to nazwać. 

Cisza.  

Przewróciła następną kartkę, zanurzona po koniuszki uszu w lekturze. Mimo to poczuła jak przed biurkiem staje osoba. Powoli, łapą, zamknęła książkę. Zachowywała przy tym ogromną ostrożność, gdyż ta była wyjątkowo stara i zdawała się być krucha, na tyle aby rozsypać się od gwałtowniejszego ruchu. Dlatego też odłożyła ją ręcznie. Nie ufała swoim umiejętnościom telekinetycznym na tyle aby przewracać nimi kartki w tak cennym egzemplarzu. 

— W czym mogę ci pomóc? — spytała zdejmując okulary z nosa i przecierając je ściereczką. Niewyraźny obraz warknął cicho coś niezrozumiałego. 

—Głośniej jeśli można. To biblioteka, ale szeptem się nie porozumiemy. — ustawiła oprawki stabilnie na ich miejscu i zmierzyła wzrokiem przybysza. Ten ze skrzywieniem na psyku odwzajemnił spojrzenie. 

—Szukam tej pozycji — mała karteczka została położona na blacie biurka. Oda przeczytała ją i zadarła głowę do góry z zastanowieniu. Pracowała tu już na tyle długo aby wiedzieć co gdzie jest. Mniej więcej. 

— Powinna być w dziale z historią. — 

—Ale jej tam nie ma. — wilk przewrócił oczyma. Oda za to odetchnęła ciężko. Wyplątała się z ogona i ruszyła. Poszukiwania czas zacząć, czyż nie. Powoli, piętro po piętrze szła obok regałów rzucając na nie tylko okiem. Całe to zbiorowisko miało swój własny wyjątkowy układ i należało go szanować. Odkładać księgi na ich miejsce. Biała wadera przecierała ogonem drogę za sobą. Wilk, który był tak przekonany, że nie znajdą nic w miejscu do którego zmierzają, narzekał coś za jej plecami. Nie bardzo zwracała na to uwagę zatopiona we własnych myślach. W końcu stanęła przebierając łapkami pomiędzy książkami.

 —Nie ma tu.. Więc… — 

— A nie mów… — jednak nie zdążył skończyć. Podmuch delikatnego wiatru wepchnął chmurkę kurzu do jego dróg oddechowych wymuszając kaszel. Oda z tym swoim jednym, nieszczęsnym skrzydłem rozłożonym na całą szerokość przeskoczyła na drugą stronę pięterka, które w tym miejscu zawijało się w literę U. A po co nadrabiać drogi jak można wykorzystać swoje umiejętności, czyż nie? 

—Mam, proszę bardzo. — wyjęła pożądany tytuł spomiędzy reszty ksiąg. Ruszyła w kierunku zejścia. 
Książka została przekazana w ręce towarzysza tej wielkiej przygody, imię spisane, dokumenty sporządzone. Wszystko wedle protokołów, świętych i nienaruszonych zasad. Oda odetchnęła. Dzień zapowiadał się wyśmienicie, gdyż w końcu mogła czytać sobie dalej. Powoli wgłębiała się w lekturę. 

 Cisza jak makiem zasiał.

Przyszło i do końca pracy. Noc zapadła. Mdłe światło świecy zamkniętej w szklanej kopule rozwarstwiało się na kartach kolejnej książki jaką Oda chwyciła w swoje łapy. Leniwie spisała tytuł i wbiła go do odpowiedniej książki, spisu, a następnie odłożyła na kupkę po swojej prawej. I tak kolejna i kolejną. Leniwie i powoli, jak każdego wieczoru, dodawała i porządkowała asortyment. W końcu wieczór, a właściwie noc, była najlepszym do tego momentem. Półmrok nadawał tajemniczego klimatu, wilki wyszły, zmuszone przez późną porę lub samą Odę. W końcu to miejsce miało tez swoje godziny otwarcia, zamknięcia. Bibliotekarz też musiał spać, chociaż patrząc na waderę, nie zawsze się to sprawdzało. Jednak takie momenty dobrze było wykorzystać na uzupełnianie regałów o zdobycze i opróżnianie z ksiąg „bezużytecznych”. Żal jej było spisywać księgi na straty, jednak niektórym należała się już emerytura od czytania, gdyż rozsypywały się lub nie miały w sobie ani jednej litery od ilości lat jakie musiały przetrwać. Inne z kolei szyły wyłącznie do odrestaurowania, a i tak musiały zostać spisane. Z tego pomieszczenia nie mogła zaginąć jedna nawet pozycja. Przynajmniej nie z tych najważniejszych. Oda przełożyła kolejną książkę, podpisując ją w dokumentach jako „do złożenia w całość”, gdyż okładka w jaką ta została wyposażona wypuszczała kartki ze swojego uścisku. I kiedy przenosiła ją w powietrzu na jej nowe miejsce, czyli tymczasowo z dala od wilczych łap, jeden z cennych zapisanych papierów wydostał się na wolność. W nawyku papieru popłynął z podmuchami przeciągu otwartego okna, lądując na podłodze parę metrów dalej. Oda odetchnęła. Odłożyła tomiszcze i wstała. Nie miała zamiaru ryzykować, że przypadkiem przerwie element całości, a z tak daleka było to możliwe, gdyż nieco zmęczona, nie była w stanie skupić się za dobrze. Skrzypienie zakłóciło spokój panujący w pomieszczeniu. Samica poczuła się nieswojo, jakby regały i księgi burczały na nią za tą jakże okrutną pobudkę ze słodkiego snu. Podniosła kartkę delikatnie wsuwając ją między pióra swojego skrzydła. Wtedy też drzwi zadrżały niespokojnie, aby powoli rozchylić się. Mętne światło wpadło do środka, przebudzając na nowo bal kurzu. Oda postawiła uszy i wyprostowała się dla „lepszego” pierwszego wrażenia. Jej brwi ściągnęły się w grymasie niezadowolenia. W jej duszy odezwał się stereotyp prawdziwej bibliotekarki. Łapa instynktownie poprawiła okulary na nosie, język cmoknął o zęby. Obcy ostrożnie wkroczył do wnętra, rozglądając się. 

—Zamknięte. Inwentaryzacja. — Oda wypowiedziała te słowa tonem tak obojętnym, że sama usłyszała jak odbija się od ścian i wraca do niej próbując ją utulić do snu. Może była już za bardzo zmęczona, a może to dlatego, że milczała prawie cały dzień. Jednak, pomimo niegroźnych intencji jej jakże wysoka osobliwość zdołała przestraszyć przybysza. Szkło uderzyło o ziemię tłukąc się, ogień zgasł przy zetknięciu się z takim impetem z posadzką. Ciemność nagle ogarnęła ich oboje. — Cholibka. — prychnęła. Jej łapy posunęły po drewnie, a to zanuciło do rytmu swoim skrzekotem. — Nie ruszaj się ani na krok bo będziesz niesiony do szpitala jak nawbijasz sobie szkła do łap. — odłożyła cenną kartkę na jej miejsce i sięgnęła po coś miotłopodobnego, aby wrócić do niespodziewanego gościa zamarłego w wejściu. Należało uwolnić go z tej szklanej pułapki. — Taki cenny surowiec marnować. — mruknęła zamiatając kawałki obudowy na świeczkę ubrudzone woskiem i osmolone od użytkowania. — Czego ty tu szukasz tak w ogóle? — burknęła dość agresywnie. Jej spokojny wieczór został zaburzony. Jej słodka rutyna poszła się … Nie ważne. Jej oko łypnęło na przybysza, który pod tym kątem był jedynie plamą rozmazanego koloru. Nadal zamiatając zamilkła czekając na jakąkolwiek wymówkę od drugiej strony.

 <Ktoś?>

Słowa: 1743= 133 KŁ

Oda

√Delta#1337

Barba non facit philosophum

Imię: Oda
Ród: Z ojca Vezuviusa i matki Verony.
Wiek: 8 lat
Płeć: Wadera♀
Rasa: Mieszaniec.
Po ojcu Sivarius i matce Rasmith
Stan: Mieszkaniec
Stanowisko: Bibliotekarz
Upomnienia: 0
Charakter:  Oda wydaje się być odzwierciedleniem rasy swojej matki. Jest spokojna i wyrachowana w swoich wypowiedziach. Z pozoru wydaje się być niezwykle małomówna i flegmatyczna, gdyż wypowiada się powoli, wyraźnie i wyłącznie kiedy ma coś do powiedzenia. W przeciwnym wypadku zdaje się być cieniem, obserwatorem. Wyjątek stanowią tematy, które wadera uwielbia. Wtedy mogłaby rozwodzić się nad nimi godzinami. Jest bystra, widać to po błysku w jej oku, jednak nie jest mądra. Brakuje jej zmysłu społecznego. Często krępuje się w dużych grupach, bywa niemiła bezrefleksyjnie, rzuca kąśliwymi komentarzami, opanowując się dopiero po paru sekundach. Nie jest jednak osobą, która by nie przeprosiła za swoje zachowanie. Ciężko jej utrzymać relacje z innymi osobami. Cechuje ją ograniczony egoizm, który to powoduje, że stawia na pierwszym miejscu swoje zdrowie, ponad innych. Stąd też postawa negatywnie nastawiona do poświęceń za kogokolwiek i niechęć do przysług. Łatwo przyjmuje porażkę, jednak łatwo się podaje, jeśli cos jej nie podchodzi. Stąd bardzo zawężone zainteresowania i hobby. Filozofia, psychologia, astrologia to jej koniki, ale historia już nie, więc jej nie tknie za mocno. Bywa uparta, ale wyłącznie dla siebie, stąd osiągnie to czego pragnie o ile nie kosztem kogoś innego. Aż tak zapatrzona we własny nos nie jest. Ceni sobie w otoczeniu lojalne osoby i sama taka bywa, aczkolwiek nigdy nie robi rzeczy wbrew swojej moralności i nie idzie jej do tego zmusić.
Wygląd: Oda to długonoga, zwinna i żwawa samica. Jest nieproporcjonalnie wysoka, względem innych wilków, często delikatnie przewyższając niektóre basiory. Jej chude i kościste ciało przykryte jest grubą warstwą sierści. Te patyki robiące za podporę ciężaru ciała, są idealne do sprintów, a minimalna waga pozwala na utrzymywanie się ponad warstwami nieprzebytego śniegu. Oda posiada także w swoim asortymencie skrzydła, z czego jedno jest całkowicie niesprawne, stracone prawie w całości w niefortunnym wypadku. Dodatkowo ma niemiłosiernie długi ogon, a jakby złości losu było mało, Oda musi nosić okulary, gdyż bez nich wszystko staje się niewyraźnym obrazem.
Żywioł: Wiatr
Moce: 
—Defensywnie Oda potrafi stworzyć intensywny, ale krótki powiew wiatru, oddychający jej przeciwnika, jednak niezdolny do zadania ran
— Jest w stanie wyostrzyć swój słuch i węch o ile wiatr wieje jej prosto w pysk. Nie jest też to jakoś bardzo potężne.
—Posiadanie jednego sprawnego skrzydła nie pozwala jej latać, jednak drugie jest całkowicie sprawne. Wypracowała w sobie więc umiejętność wsparcia swojego skoku, mocą i skrzydłem. Silne uderzenie nim z rozmachem oraz odpowiedni czas użycia niewielkiego podmuchu, pozwala jej skoczyć nawet dwukrotnie wyżej niż normalnie byłaby w stanie.
—Oda posługuje się także telekinezą, chociaż nie jest to tak płynne jakby sobie tego życzyła
Rodzina: Oda pochodzi ze sporego stadka nomadów, zbitego we własną, ciasną kupę. Dlatego pozwoli sobie przytoczyć tylko parę najważniejszych osób:
—Vesuvius — jej jakże rasowy i cudowny ojciec. Surowy wojownik, całkowicie biały, doskonały przykład osobnika swojej rasy.
—Janiera — macocha, gdyż Oda pochodzi z nieprawego łoża. Kolejny rasowy sivarius. Biała, ciężka do zniesienia i różnie surowa, aczkolwiek kochająca na swój własny sposób.
—Verona — jej prawdziwa matka, której nigdy właściwie nie poznała, bardziej niż poprzez opowieści. Podobno była prostytutką i ojciec” nie miał zamiaru zostawić małej Ody z takim parszystwem”
—Kioko i Doko — jej bracia, przyrodni bracia. Tylko jeden z nich [Doko] otrzymał skrzydła tak jak ona, jednak oba są niedorozwinięte z powodu choroby macochy kiedy była w ciąży
Partnerstwo z: brak
Potomstwo: brak
Miejsce Zamieszkania: Centrum – małe, ciasne mieszkanko niedaleko rynku, aczkolwiek częściej spotka się ją w bibliotece
Patron: brak
Umiejętności: 

Intelekt: 35 | Siła: 6 | Zwinność: 12 | Szybkość: 12 | Latanie: 1 | Pływanie: 9 | Magia: 10 | Wzrok: 5 |Węch: 10 | Słuch: 10

Historia: Urodzona została podobno w centrum, jednak wieści o niej dotarły do jej ojca, zniknęła stamtąd kiedy tylko przybył. Jej życiem były nieprzebyte śnieżne tundry, polany i góry. Nieustannie w biegu, gdyż tak od zawsze wyglądało życie je przodków. Przywykła do ciężkich do zniesienia temperatur. Wychowana przez surowych rodziców, w zżytym społeczeństwie, pełnym niezapisanych zasad i restrykcji. Dodatkowo za młodu spotkał ją parszywy wypadek, przez co straciła skrzydło zanim właściwie dorosła, co zmieniło jej życie całkowicie.
Inne: 
—Jako najstarsza z rodzeństwa, praktycznie wychowała swoich braci
—Jej sierść jest na tyle długa, że może pleść z niej warkoczyki, co często robi na ogonie.
—Nie toleruje laktozy, chociaż uwielbia jeść jajka.
—Okulary otrzymała dopiero kiedy dotarła do centrum, jako dorosła wadera, co sprawia, że przez większość życia poruszała się „na czuja” i nie do końca wie jak dokładnie wygląda jej rodzina. [ma astygmatyzm]
—Głośne dźwięki i krzyki wprawiają ją w niezwykle silny dyskomfort, a niekiedy w ataki paniki
Zakupione przedmioty: 
Autor: √Delta#1337
Layout by Netka Sidereum Graphics