Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Saita. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Saita. Pokaż wszystkie posty

wtorek, 24 listopada 2020

Od Saity - Trening IV

Opowiadanie może zawierać słowa i inne treści powszechnie uznawane za wulgarne tudzież nieprzyzwoite


Niektórzy nigdy się nie nauczą. Choćby powtarzało się im coś tysiące razy, choćby wpadali raz za razem w kłopoty, spowodowane za każdym razem tym samym, błędnym rozumowaniem lub głupim uporem. Nie używali głowy, nędznych resztek mózgu, jakie im jeszcze pozostały. Nie, żebym kogoś w tym momencie obrażała... To znaczy może tak, trochę tak. Ale to wciąż było tylko zwracanie uwagi na pewne zjawisko, które z biegiem lat coraz częściej powracało w moim życiu, stawało się wręcz napastliwe. Wołało do mnie "spójrz, ja istnieję, mam się dobrze, a wilcza ignorancja i, przypisywany zwykle raczej osłom, idiotyczny w swym pochodzeniu upór, szerzy się coraz bardziej".
No bo błagam. Kto o zdrowych zmysłach rzuca się po raz kolejny (przestałam już liczyć, który) na wilka, który już nie raz, słownie bo słownie, ale jednak, skopał mu dupę?
Kern właśnie taki był. Idiota, który uważał się chyba za jakiegoś boga, czy przynajmniej istotę nie gorszą od nich. Mój rówieśnik. Mniej więcej w tym samym czasie wstąpiliśmy w szeregi szpiegów. Odkąd tylko mnie zobaczył na pierwszym szkoleniu miał do mnie jakiś problem. Może dlatego, że podczas pierwszego sparingu, do którego wytypowano akurat naszą dwójkę, zrobiłam z niego na oczach wszystkich zgromadzonych totalną niemotę... Ale no, przepraszam bardzo, to nie moja wina. Za swoją porażkę mógł winić tak naprawdę wyłącznie siebie i swoje ówczesne podejście do życia. Innych wilków. Przede wszystkim wader.
Z wszystkich wymienionych, to ostatnie przez tyle lat naszej znajomości wciąż pozostało niezmienione.
- Co tam, Saita? - przewróciłam oczami na pełen wyższości ton jego głosu, korzystając z tego, że stałam odwrócona do niego plecami. Gdyby znajdował się przede mną, nie pozwoliłabym sobie na taki gest. Był, podobnie jak ton jego głosu, wyrazem kpiny w stronę rozmówcy. Kern natomiast był osobnikiem, który bardzo, bardzo nie lubił, gdy się z niego kpiło (tak, w drugą stronę to nie działało). Nie chciałam dawać mu powodów do wszczynania kłótni. On akurat był wilkiem, z którym nie lubiłam dyskutować. Może dlatego, że debat z nim w najmniejszym stopniu nie dało się uznać za porywające. Męczyły mnie. - Komu ostatnio wskoczyłaś do łóżka?
Mięśnie pyska nieznacznie mi się spięły, żeby zacisnęły, w wyrazie niejakiej irytacji, jednak tego również nie mógł dostrzec. Wciąż znajdował się za mną, a ja nie miałam zamiaru ani się odwracać, ani zatrzymywać. Z braku lepszej opcji postanowiłam po prostu kontynuować mój spacer z jednego końca rynku na drugi, w celu spotkania się z jakimś kontaktem, który przerwał mi ten irytująco znajomy głos... Swoją drogą ciekawe, co chujek tutaj robił. Z tego, co słyszałam, został oddelegowany jakiś czas temu na jakieś wygwizdowie gdzieś w Dystrykcie IV z jakąś grubszą sprawą... Chyba, że już skończył. Albo coś poszło nie tak. O samozwańcze skapitulowanie go nie podejrzewałam. Mimo, że względem wader to był prawdziwy chuj, z rodzaju tych, którzy uważali, że jedyne, do czego się nadajemy, to rodzenie szczeniaków i grzanie legowiska, to szpiegiem był naprawdę dobrym. Oddanym sprawie. No i nie zapominajmy o tym jego oślim uporze.
- Mogłabym cię zapytać o to samo - rzuciłam przez ramię beznamiętnym tonem, a gdy usłyszałam, że jego łapy zaczynają szybciej uderzać o ziemię, spróbowałam rozluźnić mięśnie pyska, żeby nie było po mnie widać niezadowolenia z tego spotkania. Już po chwili zrównał się ze mną. Byliśmy mniej więcej tego samego wzrostu, tyle, że on był bardziej masywny. Poza tym pokrywała nas identycznie biała sierść, obydwoje mieliśmy na niej czarne znaczenia. No i oczy, też łudząco podobne. Ktoś, kto nas nie znał, mógłby pomyśleć, że jesteśmy rodzeństwem. - Nie miałeś być daleko stąd? Na jakiejś niesamowicie ważnej akcji? - z mojego tonu nietrudno było się domyślić, że odpowiedź raczej średnio mnie obchodzi. Pewnie z tego powodu nie otrzymałam od niego odpowiedzi.
Zaczął coś pieprzyć dalej bez ładu i składu, ale w sumie przytaczanie jego słowotoku nie ma większego sensu. Nic się z niego nie dało dowiedzieć, za to odczytać... Szukał atencji z mojej strony. Nie wiedziałam tylko, w jakim celu. Ani czy powinno mnie to zacząć niepokoić.
- Dawno się nie widzieliśmy. Tęskniłaś? - wyszczerzył się do mnie głupio w którymś momencie. Możliwe, że nie zareagowałam na jakąś głupią uwagę z jego strony i zauważył, że w zasadzie to go nie słucham. Wyprzedził mnie o kilka kroków, odwrócił się do mnie i zaczął iść tyłem. Oczami wyobraźni widziałam, jak potyka się o coś i upada na pysk. Ta wizja sprawiła mi, chorą bo chorą, ale satysfakcję.
- Bardzo - uśmiechnęłam się do basiora nie starając się ukrywać, że był to wymuszony grymas, niewiele mający wspólnego ze szczęściem czy jakimikolwiek pozytywnymi uczuciami. Miałam szczerą nadzieję, że da mi spokój, jak nie wykażę zainteresowania.
Próżne me nadzieje...
- Tak się zastanawiałem... Dawno nie mieliśmy okazji rywalizować, co? - uśmiechnął się głupio, wypowiadając to zdanie. Nie byłam pewna, czy był to element jakiejś jego gry, czy po prostu miał dzisiaj jakiś dziwnie dobry humor. - Kiedyś to była wręcz nasza tradycja...
Nie przypominałam sobie, żebyśmy kiedykolwiek wynieśli nasze kłótnie na jakiś wyższy poziom, który pozwoliłby określić je mianem tradycji. Nie przepadałam za nim. On za mną. Nie było w tym żadnych skrywanych uczuć, namiętności.
- Czemu by tego nie zmienić? - dalej ten uśmiech. Zatrzymał się, zagradzając mi drogę, usilnie próbując nawiązać ze mną kontakt wzrokowy, przed czym broniłam się dzielnie, po prostu patrząc na szyld głoszący, że w budynku, przed którym się znaleźliśmy, znajduje się pracownia krawcowej.
- Chcesz, żebym znowu skopała ci tyłek? - zapytałam z całym spokojem, na jaki było mnie stać. Spróbowałam go wyminąć, ale ponownie zastawił mi drogę. - Masz jakieś skłonności masochistyczne, czy o co ci chodzi?
- Skąd wiesz, kto wygra? - zaśmiał się. Zirytował mnie tym. Spojrzałam na niego krzywo. - Może tym razem ja ciebie pokonam? No nie daj się prosić, Saita... Możemy ustalić sobie zakłady! Obstawić coś fajnego - poruszył sugestywnie brwiami. Zaczęłam poważnie rozważać opcję walnięcia mu. Chyba musiał uderzyć się w tę swoją tępą główkę podczas ostatniej podróży w interesach. Albo nie wiem, samotność mu coś w mózgu poprzestawiała. Bo zdecydowanie nie zachowywał się normalnie.
- I niby co fajnego mogłabym od ciebie dostać? - zapytałam spokojnie, choć miałam ochotę prychnąć. Znowu spróbowałam go wyminąć, ponownie z marnym skutkiem.
- A co być chciała? - jego ton aż ociekał słodyczą. I podtekstem. Wywróciłam oczami, nie mogąc się powstrzymać.
- Święty spokój? - spojrzałam na niego w końcu, ale to ja złapałam kontakt wzrokowy z nim, nie odwrotnie. Mimo to na jego pysk wypłynął lubieżny uśmiech. Debil. - Jesteś w stanie mi to zapewnić?
- Jeśli uda ci się wygrać... - po wyrazie jego pyska można było wywnioskować, że jest to opcja, w którą szczerze wątpi. Zmarszczyłam lekko brwi. Coś podejrzanie zbyt pewny siebie był... Nie podobało mi się to. - A jeśli ja wygram - nagle postąpił krok naprzód, totalnie mnie tym zaskakując, nie zdążyłam cofnąć się, przez co jego nos i bok kufy musnął moje ucho i głowę. Powstrzymałam wzdrygnięcie, gdy poczułam jego oddech na uchu. - Jeśli wygram, pójdziesz ze mną do łóżka.
Wytrzeszczyłam oczy z niedowierzania, cofając się gwałtownie i patrząc na niego jak na totalnego idiotę którym był. Kern zaśmiał się w głos, prawdopodobnie w reakcji na moją minę. Wypuściłam gwałtownie powietrze nosem, żeby dać jakoś upust irytacji, jaka mnie ogarnęła.
- Jak masz jakieś niezaspokojone potrzeby seksualne, to zgłoś się do dziwki, nie do mnie - prychnęłam, chcąc olać całą tę debilną sytuację. Udać, że nigdy nie miała miejsca.
- Czyli chyba zwracam się do odpowiedniej osoby? - w jego uśmiechu można było dostrzec tę grubiańskość, z którą zawsze go kojarzyłam. A więc nic się nie zmieniło.
- Czego ty ode mnie oczekujesz? - mruknęłam, poddając się, zaprzestając prób wywinięcia się mu jakoś. Zamiast tego przysiadłam na ziemi, patrząc basiorowi w oczy. - Co mam zrobić? Ścigać się z tobą dla twojej satysfakcji?
- Chociażby - pokazał w uśmiechu kły, co było nieco niepokojące, jednak wiedziałam, że nie zrobił tego z chęcią zrobienia mi krzywdy. Po prostu był wredny, podobnie jak ja. Tyle, że ja chociaż starałam się z tym kryć, on - nie za bardzo.
Zgodziłam się w końcu, bo nie wyglądało na to, żeby zamierzał dać mi spokój. Wkurwił mnie generalnie. Naprawdę miałam ciekawsze rzeczy do roboty, niż zabawy w kotka i myszkę z basiorem, za którym nawet nie przepadałam. Do tego - wyścigi... Nigdy nie lubiłam tej formy pojedynku. Tym bardziej, że ten konkretny zawierał jakieś punkty, wymyślone przez Kerna, zdałoby się, z kosmosu. Dobre kilkanaście minut tłumaczył mi, jak ma to wyglądać, rozrysowywał w mojej głowie tor, biegnący przez sam środek rynku, żebym na pewno się nie pomyliła. Przy czym, im więcej mówił, tym większe miałam wątpliwości co do tego, że ten pojedynek jest spontaniczny. Przez myśl przeszło mi nawet, że może jest to część jakiegoś jego innego zakładu. Naprawdę, nie zdziwiłabym się, gdyby tak było.
Jednak, jakkolwiek by taki ewentualny zakład nie brzmiał, byłam niemal pewna, że Kern nie obstawił mojej wygranej. W zasadzie więc... Mogłam chociaż utrzeć mu nosa, wygrywając z nim. Co zasadniczo nie powinno być trudne.
Nie powinno...
Nie, żeby poszło mi jakoś tragicznie. I nie, nie przegrałam. Choć w pewnym momencie było blisko, przyznaję. Jednak manewrowanie między straganami, licznymi wilkami, które kręciły się o tej godzinie w tym miejscu, nie należało do najłatwiejszych, a basior przyjął po prostu taktykę "A chuj, przedrę się taranem". Wszystko fajnie, tyle że on mógł sobie na to pozwolić, jego wygląd, budowa, wzbudzały jakiś tam respekt. Ja może i byłam wysoka, ale drobna. Wilki nie zwracały na mnie większej uwagi, nie schodziły mi z drogi. Jednak zawsze uważałam, że nie ma dla mnie rzeczy niemożliwych. A wyzwania nadawały życiu tego dreszczyku emocji, który sprawiał, że nie było zbyt nudno.
Dotarłam na miejsce, które wskazał na metę naszego wyścigu, jako pierwsza. Wzmocniona o siłę, jakiej wymagało ode mnie przepychanie się między motłochem, lekko zziajana i nie bardzo usatysfakcjonowana wyczynem. O ile można było to nazwać w ogóle wyczynem, bo osobiście nie przesadzałabym z takim honorowaniem tego, co zrobiłam. To nawet nie było jakoś szczególnie zabawne. Jedyne, co miałam nadzieję osiągnąć z tego "czegoś", było uwolnienie się od natrętnego basiora.
Czy się udało?
No za chuja nie. To nie ten typ, niestety.
Zatem, co było dalej? Cóż, o tym, kolejnym naszym pojedynku, opowiem innym razem...



Nagroda: 2 punkty siły

sobota, 14 listopada 2020

Od Saity - Event Halloweenowy - Quest III

Tak jak lubiłam Halloween, tak za następującym po nim Święcie Zmarłych nie przepadałam. Nie było w nim nic wesołego, a może powinno, zważywszy na to, że biadolenie nad tym, że kogoś, kogo kiedyś kochaliśmy czy coś w tym stylu, nie ma już z nami, w żaden sposób nie wpłynie na nieboszczyka, nad którego smutnym losem płaczą teraz żywi. Jemu już jest przecież wszystko jedno. Po co psuć sobie nastrój po próżnicy, tak zupełnie bez celu. Pomijam w tym momencie to, że generalnie, wpadanie w smutny nastrój jest bez sensu. Tak z czysto teoretycznego punktu widzenia, bo wiadomo, teoria nie zawsze idzie w parze z techniką, a życie niestety jest tak skonstruowane, że w naszym życiu obecny jest szeroki wachlarz emocji. Zarówno tych pozytywnych, jak i negatywnych. Nie da się tego stanu rzeczy zmienić bez naruszania równowagi. Taki już nas los, że czasami się smucimy... Po co jednak dodawać sobie negatywnych emocji? W losie cierpiętnika nie ma niczego bohaterskiego. O przyjemności w ogóle nie da się tu już mówić... Chyba, że coś jest z danym egzemplarzem nie tak. Bo i tak się przecież zdarza.
A normalność jest nudna, tak tak.
W każdym razie, mimo mojej generalnej awersji do tego święta, całego towarzyszącego mu cierpienia i użalania się nad sobą, nie byłam totalnie bez uczuć względem tych, którzy jednak przeżywali ten dzień w roku bardziej ode mnie. Rozumiałam, że nie każdy może dzielić ze mną podejście do życia w stylu wyjebongo, które mi tak pasowało. Potrafiłam się dopasować. Czasami. Niekiedy nawet po to, aby zanadto nie wystawać przed szereg.
Zwykle wtedy, gdy akurat obok znajdowali się moi rodzice.
Taaaak, także z tego powodu nie przepadałam za tym świętem. Spotkania rodzinne. Widok jedynych wilków, których opinia na mój temat mnie w jakikolwiek sposób obchodziła. I którym mój styl bycia zdecydowanie się nie podobał. Nie ma się chyba z resztą czemu dziwić, tak po prawdzie... Ech, ciężka sprawa. Ale przejdźmy do meritum sprawy.
To wszystko sprawiało, że czułam się przy nich... Bardzo niekomfortowo to chyba za mało powiedziane. Choć byłam mistrzynią obłudy, jednocześnie nie lubiłam udawać kogoś, kim nie jestem. To znaczy, ekhem, żebyśmy się dobrze zrozumieli. Zwykle udawałam kogoś, kim nie jestem, ale zazwyczaj grałam głupszą i bardziej nierozsądną, niż byłam w rzeczywistości. To stało się z resztą po tylu latach już moim stylem bycia. Te wieczne żarty, brak powagi... Natomiast przy rodzicach czułam jakąś, może nieco irracjonalną, potrzebę zachowania powagi. Hamowałam swój zwyczajowy optymizm i energię, którą tryskałam w każdej niemal innej sytuacji, a gdy na moment pozwalałam sobie na powrót do nawyków, widziałam ich spojrzenia. Pełne dezaprobaty i jakiegoś wyrzutu, że stałam się taka, jaka jestem... To wszystko było męczące.
- Saito - wyrzut w głosie matki. Już. Tak szybko. Chyba biję rekordy. Spojrzałam na nią, odrywając wzrok od nowej wazy, którą postawiła na kominku w głównej komorze rodzinnej jaskini. Wyglądała na drogą. Misterna robota, na pewno pochłonęła wiele wilczej energii, może nadszarpnęła pokłady czyjejś cierpliwości, gdy godziny pracy mogłyby zdawać się zaprzepaszczone lekkim zadrżeniem łapy, chwilą słabości, nieuwagi... - Jesteś jakby nieobecna.
Przeniosłam wzrok na swój talerz, na którym spoczywał niemal nietknięty kawałek ryby z jagodami. Wszystko pyszne, matka była naprawdę dobrą kucharką. Jednak... Denerwowałam się, miałam zbyt ściśnięty żołądek, żeby cokolwiek w siebie wmusić. Nienawidziłam tego uczucia, jednocześnie nie potrafiąc nad nim zapanować i go przezwyciężyć. Czułam się uwięziona.
- Nie, nie... Wydaje ci się - uśmiechnęłam się ciepło, zdecydowanie nieszczerze, ale matce widać to nie przeszkadzało, bo usatysfakcjonowana odpowiedzią wróciła do posiłku.
- A jak tam, znalazłaś już jakiegoś kawalera? - padło pytanie, tym razem ze strony ojca. Momentalnie poczułam, jak sierść na grzbiecie mi się podnosi w nieprzyjemnym dreszczu, swego rodzaju odruchu obronnym.
Tak... Czułam się bardzo niekomfortowo.
- Kto wie, kto wie... - oczywiście, że nikogo nie znalazłam. Żadne zobowiązania nie były mi potrzebne, każdy potencjalny związek mógłby w końcu zostać obrócony przeciwko mnie, gdybym wpadła w tarapaty albo się komuś naraziła, wykonując swoje obowiązki. A nie było o to trudno, wręcz przeciwnie.
- Co to za wymijające odpowiedzi? - fuknęła matka. Odruchowo spojrzałam na nią. Zimne, błękitne tęczówki przeszywały mnie, zdawać by się mogło, że na wylot. Irytacja, złość, niezadowolenie... To wszystko wręcz z niej promieniowało. Nie trzeba było umieć odczytywać emocji i intencji w takim stopniu, jak ja to potrafiłam, by to dostrzec. Nawet nie próbowała tego ukrywać.
Nie ukrywam, trochę to bolało.
Zerknęłam na ojca, który już zdążył zapomnieć o swoim pytaniu i wrócić do posiłku. Uznałam więc, że po prostu zignoruję uwagę matki, podsumowując ją lekkim, przepraszającym uśmiechem. Wróciłam do grzebania w talerzu.
Cały obiad minął nam w takiej nieciekawej atmosferze. Nie podobało mi się to bardzo, ale nie wiedziałam, co mogłabym z tym zrobić. Nagłe odwalanie jakiś cudów na kiju, obracanie wszystkiego w żart czy tym podobne sprawy, których zwykle używałam do rozładowania napięcia, w ich przypadku nie działało. Nic na nich nie działało, jeśli chodziło o mnie.
Po posiłku udaliśmy się wspólnie, jak co roku, na grób dziadków. Krótki spacer na pobliską polanę i jeszcze krótszy pobyt nad płytami nagrobnymi, wykutymi z lodu, wetkniętymi w ziemię, przez większość roku trwając przysypane śniegiem, zapomniane. Tylko tego jednego dnia ich egzystencja, o ile można o takowej mówić w odniesieniu do kawałka lodu, ulegała jakiejś zmianie, urozmaiceniu. Dzień wcześniej, kiedy ja zajmowałam się halloweenowymi psotami (czego matka również nie mogła mi nie wypomnieć), rodzice przyszli tu zgarnąć nagromadzony przez rok śnieg z płyt, wyczyścić zabrudzenia, które powstały, matka wytrzasnęła skądś zimotrwałe kwiaty. Teraz dwa samotne pomniki wyglądały wręcz pięknie, malowniczo, otoczone czerwienią, złotem i bielą... Sztucznie. To wszystko było sztuczne, wymuszone, nie pasowało do tego miejsca. Choć zdecydowanie cieszyło oko, mnie się nie podobało. Za dużo w nim było fałszu, bym spojrzała na nie przychylnie.
Gdybym podzieliła się moimi uwagami z rodzicami, pewnie jeszcze bardziej bym ich zawiodła czy tam zirytowała moim podejściem. Może padłoby nawet coś w rodzaju stwierdzenia, że nie mam serca. Tak po prawdzie, z mojego punktu widzenia, okazywałam więcej serca i szacunku, nie upiększając sztucznie tego miejsca. Po co komu taki rodzaj pamięci? Znałam dziadków, ich nie cieszyły tego typu zbytki. Dla nich zawsze liczyły się czyny, co z resztą miałam po nich. Taki sposób upamiętniania ich? W porządku. Niektórzy muszą sobie ulżyć po śmierci bliskiej osoby - wykopać grób, postawić nagrobek, w zasadzie - zakopać przeszłość, jakiś epizod swojego życia. Symbolicznie zostawić go za sobą, by móc ruszyć dalej. Jednak to nie ładnym udekorowaniem grobu czcisz pamięć o zmarłych, tylko czymś o wiele prostszym, a bardziej wilczym. Wspomnieniem. W końcu zmarli nie umrą do końca dopóty dopóki żyją w naszej pamięci. A ja... Ja po prostu w inny sposób okazywałam tę pamięć, niż rodzice. Wiele rzeczy robiłam inaczej, niż oni, w tym tkwiło sedno wszystkich momentów, kiedy nie potrafiliśmy się dogadać. Po prostu za bardzo się od siebie różniliśmy. Pod zbyt wieloma kwestiami.
- Saito - nienawidziłam mojego imienia w ustach matki. Nie do końca potrafiłam jednak wyłapać, dlaczego. Po prostu. Może chodziło o ton, z jakim zwykle je wypowiadała, ta dezaprobata, względnie obrzydzenie, jakby zwracała się nie do córki, a do robaka, którego wolałaby rozgnieść, niż się do niego odzywać, w ogóle zauważać, że istnieje. I nie, nie zawsze taka była. Nadal nie zawsze tak się do mnie zwracała. Stąd w mojej głowie, im częściej ich odwiedzałam, zaczynała pojawiać się myśl, że skoro to tak wygląda, to wina musi leżeć po mojej stronie. To ja musiałam coś źle robić, to nie z jej podejściem coś było nie tak. Przecież generalnie rozumiałam, że nie każdy dzieli mój sposób bycia, nie każdy potrafi do tego stopnia niczym się nie przejmować. Ba, ja doskonale zdawałam sobie z tego sprawę. A jednak... Wszystkie racjonalne myśli w moich stosunkach z rodzicami zdawały się ulatywać. Puf i ich nie było.
Patrzyłam tępo w płytę nagrobną, wspominając babcię i dziadka. Może nieco za długo, stąd to ponaglenie w głosie matki przed chwilą. Tak tak, zwykle tego nie robiłam. Nie wspominałam. Żyłam chwilą, to co było, to było, nie powinnam się tym dłużej przejmować. A jednak, czasami... Cóż, taka już chyba wilcza natura, że wspominamy. Jak bardzo bolesne wspomnienia by to nie były. Jak bardzo nasz umysł by się przed tym nie bronił...
Dziadkowie byli dla mnie drodzy, gdy byłam szczeniakiem. Stanowili integralną część mojego życia, mieszkaliśmy razem, opiekowali się mną, gdy rodziców nie było, bo byli wzywani w inne części Królestwa w obowiązkach. Ojciec na wojny... Nauczyli mnie dużej części tego, co umiem. Babcia też była mistrzynią odczytywania wilków, tylko ona dysponowała telepatią... Mimo to, zdołała mi przekazać swoją wiedzę teoretyczną. Dodając do tego mój naturalny talent, mogłam stać się tym, kim jestem teraz. To oni mnie ukształtowali, być może bardziej nawet, niż rodzice. Zbyt szybko dorobili się córki, chcieli jeszcze zakosztować życia, wolności, jaką daje dorosłość, a teraz... Teraz już było za późno.
Nie, żebym ich nie kochała. Nie, to zupełnie nie o to chodzi. Kochałam. Szanowałam. Jednak różnice w naszym podejściu do życia, sposobie noszenia się... To były bariery nie do przeskoczenia, o czym przekonywałam się niemal za każdym razem, jak przyjeżdżałam do nich w odwiedziny. Tak jak teraz. Oni nie rozumieli... Starali się, ale nie potrafili zrozumieć tego, co mną kieruje. Skąd u mnie taki entuzjazm w reakcji na zwyczajne, codzienne rzeczy, ta szczenięca dusza.
Bądź co bądź, tęskniłam za dziadkami.
Wizyta na grobach się skończyła. Nie była długa, jak co roku, a gdy wróciliśmy do jaskini rodziców, mama podała na stół pyszne ciasto dyniowe, które upiekła. Z przepisu babci. Uśmiechnęłam się lekko. To było właśnie to, takie małe szczegóły życia codziennego, w których można było dostrzec naszych bliskich zmarłych, w taki codzienny sposób uczcić pamięć o nich... Ale nie wypowiedziałam moich uwag na głos. Nigdy tego nie robiłam przy rodzicach.
Wróciłam do siebie zaraz po deserze, wymawiając się niechęcią do samotnego wracania do domu po ciemku. Bolała mnie głowa, czy to z nadmiaru myślenia, czy czego innego, nie miało większego znaczenia. Potrzebowałam się po prostu położyć.
Ledwo zakopałam się w skórach w moim mieszkaniu, ledwo otuliło mnie tworzone przez nie błogie ciepło, zasnęłam.
Nie niepokojona przez nikogo przespałam całą noc.





Treść questu:

Halloween to nie tylko przebieranie się, jedzenie słodyczy i straszenie potworami. Jest to też czas w którym wspominamy swoich zmarłych. Dlatego też w tym dniu postanowiłeś odwiedzić miejsca spoczynku twoich najbliższych - rodziny czy przyjaciół. Kogo odwiedzisz? O kim będziesz myśleć? O co będziesz prosił i co będziesz wspominał pośród morza lampionów i kwiatów?

Minimum 1500 słów
Nagroda: 150 KŁ

piątek, 13 listopada 2020

Od Saity - Event Halloweenowy - Quest II

Od zawsze byłam fanką świąt wszelakich. Bardziej czy mniej popularnych - nie miało znaczenia. Liczyła się dobra zabawa. A Halloween należał do tych, podczas których można było naprawdę ciekawie spędzić czas... No i nie zapominajmy o psikusach. Zawsze lubiłam się w te cuda bawić, moja wewnętrzna zołza mogła poczuć się dzięki nim usatysfakcjonowana. W ten czy inny sposób.
Może to było dziecinne. Nie dbałam o to, prawdę mówiąc. Nigdy nie uważałam za zasadne zwracać uwagę na to, co inne wilki sądzą na mój temat. To, jak się nosiłam, było tylko moją sprawą, innym nic do tego.
Dlatego też postanowiłam dołączyć do bawiących się dzieci, które, przebrane w różne fantazyjne stroje, chodziły po Centrum, pukając od drzwi do drzwi, z uśmiechami na pyszczkach oznajmiając "cukierek albo psikus!" każdemu, kto odważył się otworzyć i wpuścić te wilcze potworki w swoje progi. A potem musieli opłacić haracz. Wyglądałam może nieco idiotycznie - dorosła, wysoka wadera wśród podrostków, które plątały się jej między łapami. Ale naprawdę, bawiłam się równie dobrze, co one. O ile nie lepiej. Całkowicie ignorując nierzadkie, dziwne spojrzenia rzucane w moją stronę przez wilki, które decydowały się otworzyć wrota swoich pieczar mojej bandzie. Ktoś zapytał, czy jestem ich opiekunką. W odpowiedzi zaśmiałam się tylko cicho, odwracając się do moich ziomków, wyginając się w pozycji zachęcającej do zabawy, z łbem przy ziemi i uniesionym w górę ogonem. Rzuciłam jakimś idiotycznym tekstem, który potencjalnie mógł potwierdzić właścicielowi domu, że jestem niespełna rozumu. Generalnie było zabawnie. Dzieci nie raz potrafiły być ciekawszym towarzystwem do zabaw. Dorośli w większości byli zbyt spięci. Młodzi cieszyli się każdą chwilą.
Też się przebrałam. Bo czemu nie? Wykorzystałam do tego moją umiejętność zmieniania wyglądu - zamiast idealnie białej, moja sierść była teraz kruczoczarna, mieniąca się w nikłym świetle odcieniami granatu. Tęczówki oczu zabarwiłam sobie na krwistoczerwono, wydłużyłam kły tak, że wystawały poza pysk, dając niepokojący efekt. Było to też dość niewygodne, ale czego się nie robi dla efektu wow. Poza tym zarzuciłam na siebie czarny płaszcz, który uszyłam. Poszarpany, ozdobiony gdzieniegdzie wzorami konstelacji, wyszytymi nicią opalizującą w ciemności. Podobał mi się. Byłam naprawdę dumna z całokształtu.
Początkowo przyłączałam się do różnych grup dzieci, wydurniając się z nimi i dając im energię do dalszych psot. Może nie podobało się to ich opiekunom, których czasami przy nich spotykałam, ale kto by się takimi szczegółami przejmował! O poranku nie będą już potrafili mnie znaleźć, na pewno nie po wyglądzie, a szczerze wątpiłam, żeby ktokolwiek zwrócił uwagę na cokolwiek poza powierzchownością, szczególnie, gdy przewinęłam się im przed oczami przez zaledwie chwilę. Nigdy nie zwracali na nic więcej uwagi.
Po kilku godzinach zabawy zauważyłam większą grupkę szczeniaków, bez opieki, ale widać było, że trzymają się razem. Największy, i prawdopodobnie najstarszy z nich, starał się czuwać nad resztą, ale nie zawsze do końca mu to wychodziło. Widziałam zachwyt w jego oczach, gdy rozglądał się dookoła, po wszystkich strasznych ozdobach, jakimi wilki przyozdobiły swoje jaskinie, mieszkania... Jak patrzył z podziwem na stroje, jakie inne wilki nosiły. Był jeszcze dzieckiem, też chciał się bawić, ale co chwilę odrywało go od tego poczucie obowiązku wobec młodszych. Przez moment zrobiło mi się go żal... Ten moment wystarczył.
Podbiegłam do nich, wbijając się pędem w sam środek gromady, skacząc w miejscu jak powalona, śmiejąc się i piszcząc z ekscytacji. Szczeniaki wyglądały na nie do końca ogarniające, co się właśnie dzieje. Widziałam, jak oczy wszystkich powędrowały na tego najstarszego w niemym pytaniu, co mają zrobić. Postanowiłam więc uderzyć do niego.
- Ahoj, kamraci! - może nie ten temat święta, ale cóż z tego! Kto by się szczegółami przejmował. - Co to za smętne minki, potworki? Chodźcie, idziemy zdobyć to miasto!
Nie wyglądały na przkonane.
- Em... Przepraszam? - najstarszy wystąpił krok naprzód, patrząc na mnie niepewnie. - Kim pani jest?
- Och, ale czy to teraz ważne? - uśmiechnęłam się promiennie, pochylając lekko, mową ciała pokazując, że mam przyjazne intencje. - Jest Halloween! Tej nocy każdy może być, kim chce. A my... Możemy zostać wspólnikami w dzisiejszym polowaniu na cukierki! Co wy na to?
Skakałam w miejscu, cała podekscytowana. Szczeniaki popatrzyły po sobie. Nie były przekonane co do tego pomysłu... Hm, dziwne. Zmrużyłam na moment powieki, zastanawiając się nad czymś... I nagle mnie olśniło.
- Ach, jesteście z sierocińca? - zapytałam, może niezbyt taktownie. Ale trafiłam. Najstarszy szczeniak skulił lekko uszy, a co poniektórzy skinęli niepewnie głowami. - Ależ to cudownie! Jestem Saita. I z chęcią wam dzisiaj potowarzyszę!
Zgodzili się w końcu, choć, prawdę mówiąc, musieliby się mocno postarać, żeby się mnie pozbyć. Przez jakiś czas szli spięci, nie do końca pewni, czy na pewno dobrze zrobili, ale już kilka domów później, przy których odwalałam takie cuda, że bez problemu można by mnie uznać za jakiegoś cyrkowca, przekonali się do mnie. Pewnie dzięki temu, że dzięki mnie i mojej paplaninie, dostawali więcej cukierków. Tak, przyznaję, zawsze miałam dar przekonywania. I nigdy nie bałam się tego wykorzystać do swoich celów. A teraz... Teraz mogłam przysłużyć się tym dzieciakom, więc tym bardziej - robiłam to z przyjemnością.
Niemniej... Cóż. Przy dzieciach nie wypadało mi za bardzo odwalać. Pod względem tych psikusów... Ach ach. No ale cóż, nie można mieć przecież wszystkiego. Po kilku godzinach chodzenia z moją hanzą od drzwi do drzwi, zaczęłam tracić werwę. Jednak moje stare kości nie do końca nadawały się do aż tak długich i intensywnych zabaw. Dzieci potrafiły wymęczyć. Zaczęłam rozglądać się dookoła, szukając jakiejś okazji, żeby coś nabroić. Ale tak... legalnie. Żeby jednak nie robić, mimo wszystko, dzieciakom złego przykładu. Te małe bestyjki szybko podłapywały różne zachowania. Mimo to, z naturą ciężko walczyć. A w każdym razie ja nawet jakoś za bardzo nie próbowałam. Bo po co.
W końcu zrobiło się zbyt późno dla szczeniaków. I tak zostały dłużej niż miały, nie niepokojone przez nikogo ze względu na to, że im towarzyszyłam. Był z nimi dorosły opiekun, więc nikt nie miał w zasadzie nic do gadania. Jednak w końcu musiałam odprowadzić ich do sierocińca. Moja sierść zdążyła stać się już na powrót niemal zupełnie biała, kły normalnej długości, a oczy niebieskie, ale dzieci nie zwróciły na to większej uwagi. Były zbyt zaaferowane łupami z dzisiejszego polowania na słodycze. Takie ich ilości, przy dobrym rozgospodarowaniu, starczą im na dobre kilka miesięcy. Kilka miesięcy szczenięcego szczęścia zamkniętego w workach i torbach... Uśmiechnęłam się lekko, patrząc, jak znikają w bramie sierocińca. Skinęłam z oddali głową ich opiekunce, która nie zadawała zbędnych pytań, po prostu pozbierała dzieciaki w jedno miejsce i przeliczyła. Potem gdzieś odesłała, pewnie do łóżek.
Nie czekałam dłużej, nie było po co. Jeszcze opiekunce przyszłoby do głowy, żeby ze mną porozmawiać. Nie miałam na to ochoty. Moja reputacja imprezowiczki, którą niewiele rzeczy obchodzi, mi odpowiadała. Nie chciałam narażać jej na szwank jakąś bezinteresowną pomocą szczeniakom... Dlatego po prostu odeszłam, znikając w mroku. Przedefilowałam tanecznym krokiem przez rynek, rozglądając się, gdzie można by się zatrzymać, żeby zrobić coś ciekawego. W oknach wielu mieszkań widziałam przesuwające się sylwetki wilków w strojach potworów. Swoją drogą, to zadziwiające. Jeśliby spojrzeć na genezę Halloween, te przebrania mają chronić przed zmarłymi, którzy tej nocy odwiedzają nasz padół liczniej, niż na co dzień. I którzy mają o wiele większe możliwości, są bardziej fizyczni, niż zwykle... Te stroje mają sprawić, by duchy nie potrafiły odróżnić żywych od umarłych. Żeby nie mogły zrobić nikomu krzywdy, nawiedzić, porwać duszy i inne bzdety...
Wilki w strojach potworów... Może tej jednej nocy pokazywały swoje prawdziwe oblicze? Hm, to chyba dość śmiała teza... Trochę oderwana od rzeczywistości.
Wstrząsnęłam gwałtownie głową, próbując pozbyć się gonitwy myśli, która już zdążyła zmienić bieg moich myśli w totalnie innym kierunku, niż powinny. Było późno. Na ulicach już cicho, słychać było tylko odgłos moich łap, rytmicznie uderzających o bruk. Za mało. Za cicho.
W jednej chwili poczułam wręcz paniczną potrzebę znalezienia się w tłumie. Zatkać uszy ciągłym szumem głosów, szuraniem ław, stukaniem kufli...
Karczma. Prawdopodobnie w nich również organizowano dzisiaj jakieś przyjęcia. Tak. To był dobry kierunek. Może przy odrobinie szczęścia zakończę ten wieczór w jakiś ciekawy sposób, w miłej atmosferze z jakimś niczego sobie basiorem... Ale to była sprawa drugorzędna, albo wyjdzie, albo nie.
Teraz grunt to zniknąć z pustej ulicy.
Ostatecznie, wśród dość szerokiego wyboru lokali w okolicy, zdecydowałam się wśliznąć niepostrzeżenie do Starej Wiosny. Była pełna wilków, przebranych zgodnie z trendem dzisiejszej nocy. Wcześniej poprawiłam charakteryzację, znowu byłam więc wyposażona w pełny strój. Mało wątpliwe, żeby ktoś mnie rozpoznał.
Zamówiłam kolejkę trunków i dosiadłam się do ławy, przy której siedziało kilka kolorowych wilków. Najbliżej mnie siedział basior, Mikey, po drugiej stronie wadera, Xina. Kojarzyłam ich, jeśli dobrze pamiętałam, byli aktorami lokalnej trupy... Całkiem znani. I zdecydowanie zabawowi.
Resztę nocy spędziłam w ich towarzystwie, pijąc szalone Halloweenowe drinki i zachwycając się przepięknymi przekąskami. Finezja wykonania zachwycała - babeczki przypominające gałki oczne, duchowe lizaki z ciasta... Same cuda. Idealne podsumowanie wieczoru spędzonego na zbieraniu cukierków z dzieciakami i wydurnianiu się, jakbym sama była jednym z nich.
Do domu wróciłam nad ranem, obserwując halloweenowe dekoracje w dziennym świetle. Część zniszczono, w części mieszkań poprawiono dekoracje jakimś dziwnym sprayem, owocami drugiej świeżości i tego typu rzeczami... Kręciłam na takie widoki głową z niedowierzaniem. To niby były te psikusy za niedostanie cukierków? Żałosne. Zero finezji. Zniszczyć czyjąś posiadłość każdy potrafił. Ech, może w przyszłym roku nauczę chuliganów, jak powinny wyglądać prawdziwe psikusy...
Ale to w przyszłym roku. W tym... Wraz ze wschodem słońca, Halloween dobiegło końca.

 


Treść questu:

W całym królestwie wilki oszalały na punkcie pewnej zabawy w tę Halloweenową noc. Ty, twoi sąsiedzi, znajomi, nawet rodzina królewska! Wszyscy bawią się chodząc w kostiumach po domach i zbierając cukierki lub zostawiając psikusy. Jak ty się zabawisz? Za kogo się przebierzesz? Komu wytniesz numer i jakie cukierki zbierzesz? A może zostaniesz w domu i to do ciebie będą przychodzić najdziwniejsze potwory?

Minimum 1500 słów
Nagroda: 100 KŁ + 1pkt do dowolnego zagospodarowania

wtorek, 14 lipca 2020

Od Saity CD. Elijasa

Kiedy łysy wspomniał coś o tym, że to nie pierwszy taki przypadek, kilka pojedynczych informacji połączyło się w mojej głowie w jedno. Zatrybiło i dało szerszy obraz na całą sprawę. Pozwoliło dostrzec nieco więcej, niż wydedukowałam samą moją obecnością przy miejscu dzisiejszej zbrodni i  podczas podsłuchiwania przechodniów. Trup na drugim końcu Centrum od miejsca, w którym teraz się znajdowaliśmy. Kolejny pod knajpą, z której wytoczyłam się kilka dni temu nad ranem po całonocnej popijawie. Prawie się wtedy o niego potknęłam, leżał na środku drogi niemal pod samymi drzwiami dobytku. A mimo to nikt go nie zauważył, nie pofatygował się, by chociaż usunąć stamtąd ciało. Cuchnące wódą i szczynami, doprawione ostrą wonią świeżej krwi truchło nie zwróciło niczyjej uwagi przez całą noc, mimo że dziesiątki wilków wchodziły w tym czasie i wychodziły z baru. Obserwowałam ich wszystkich bardziej lub mniej trzeźwym spojrzeniem. Nie dostrzegłam niczego, ani u wchodzących, ani wychodzących, co ostrzegłoby mnie w jakikolwiek sposób przed tym, co znajdzie się na mojej drodze, gdy postanowię wrócić do domu. To tylko kolejny trup nic nieznaczącego pijaka, czym tu się przejmować?
Cóż, widać jednak było czym. Skoro to nie pierwszy taki przypadek, skąd pewność, że morderca nie przestawi się na wilki innego stanu? Jeśli nie mieliśmy do czynienia z jakimś nawiedzonym idealistą z poczuciem misji oczyszczenia świata z wilczych śmieci, to niczego nie można było być pewnym. Tymczasem wszyscy do tematu podchodzili z zaskakującą beztroską.
No tak, tyle że, jak widać, nie wszyscy.
Nie wiedziałam, co Łysego łączyło z tymi pijaczynami. Mówił, że opłaci pogrzeb niedawnego nieboszczka. Szlachetne z jego strony, nikt inny na coś podobnego by się nie zebrał. Siedzenie na swoim bogactwie jak smok na kosztownościach było raczej częściej spotykaną postawą, niż dzielenie się swoim ciężko zarobionym groszem. To też takie spaczenie, zakorzenione głęboko w społeczeństwie. W tych czasach wszyscy myśleli o sobie, swoim własnym dobru. Co kogo obchodził jakiś cwel z ulicy. Niech gnije w rynsztoku.
Przez myśl przeszło mi, że może wszystkie te wilki, które musiały być na miejscu, podczas gdy nasz denat był rozszarpywany na strzępy, doskonale wiedziały, kto to zrobił. Może nawet popierały takie czyszczenie Centrum z robactwa. Nie było mowy o tym, żeby ktokolwiek zadał podobne obrażenia po cichu, do tego na środku ruchliwej ulicy. Nie mógł odejść przez nikogo niezauważony. Ktoś musiał wiedzieć. I to prawdopodobnie całkiem dużo ktosiów.
Trzeba się było tylko dokopać do tożsamości owych ktosiów. Co mogło okazać się pewnym wyzwaniem, podejrzewałam jednak, że Łysy basior niemal na pewno będzie gotowy to wyzwanie podjąć. W jego oczach widziałam naprawdę głęboką desperację. Chęć zaprowadzenia sprawiedliwości. Nie mogłam się zdecydować, czy bardziej mnie te nadzieje, tak doskonale rysujące się na pysku basiora, bawią, czy raczej wzbudzają szacunek. Ale, jak wszystko dobrze pójdzie, jeszcze będę miała sporo czasu, by się nad tą kwestią zastanowić. A tymczasem...
- Mówiła pani o pomocy. Zapraszam więc do podzielenia się spostrzeżeniami - odezwał się nagle basior i swoje słowa ewidentnie kierował do mnie, bo gdy zamrugałam szybko, by wrócić do rzeczywistości z moich rozmyślań, patrzył centralnie na mnie. Uśmiechnęłam się tym moim głupim uśmiechem, który denerwował mnie samą, gdy patrzyłam na siebie z taką miną w lustrze, nie wyobrażałam więc sobie nawet, jak bardzo irytujący musi być dla innych. Dla mnie jednak najważniejsze, że spełniał swoją funkcję. Pozwalał mi sprawiać wrażenie nieszkodliwego przeciwnika, kogoś, kim nie trzeba się przejmować, bo jest zwyczajnie zbyt głupi czy myślący trywialnie, by wziąć coś na poważnie i w jakiś konkretny sposób zareagować.
- Spostrzeżeniami na temat? - zapytałam, przekręcając lekko głowę i machając głupio ogonem. Chyba go tym pytaniem wkurwiłam, bo na czole wystąpiła mu pulsująca żyłka. Powstrzymałam wypływający na mój pysk triumfalny uśmiech. Ach, wkurwianie innych było jednak satysfakcjonujące...
- Tego, co się tu wydarzyło - wycedził przez zaciśnięte zęby, co jeszcze bardziej dopieściło moją euforię po osiągnięciu sukcesu. Jednak to by było na tyle, jeśli chodzi o tak perfidne denerwowanie go w najbliższym czasie. Niestety. Nie chciałam, żeby uznał, że współpraca ze mną mu się nie opłaci. Musiałam dać mu coś, co go zainteresuje na tyle, by zechciał zatrzymać mnie przy sobie. Potem będę mogła dalej się bawić. By the way, uroczo wyglądał, jak się wkurwiał. Z radością zrobię wszystko, by jak najczęściej oglądać go w tym wydaniu podczas tego naszego wspólnego polowania na mordercę.
Bo tak, teraz już nie miałam najmniejszych wątpliwości, że nie odpuści. A skoro jeszcze nie odwrócił się na pięcie i nie dał sobie ze mną spokoju, to znaczy, że miał nadzieję, że będę mogła mu jakoś realnie pomóc.
Oczywiście nie chciałam zawieść jego oczekiwań wobec mnie.
- Cóż, takim jednym głównym, którym mogę się podzielić, jest to, że ktoś na pewno całe zdarzenie widział - wzruszyłam ramionami, obiegając wzrokiem otoczenie. Plamy czerwonej krwi nadal odznaczały się wyraźnie na tle białego kamienia wyściełającego ścieżkę. Nie dało się ich nie zauważyć, a jednak większość wilków, których mrowie nadal się tędy przelewało, zdawało się dokładnie to robić. Wszystko, byle ich wzrok nie padł na niechciany ewenement szpecący otoczenie.
- Ale nic z tym jakoś nie zrobił - burknął, a ja wyszczerzyłam się w odpowiedzi w uśmiechu.
- Ależ pan bystry! - zawołałam. - A jaki spostrzegawczy.
- Czy pani kpi? - spytał, mierząc mnie morderczym spojrzeniem spode łba. Dotknęłam łapą klatki piersiowej w miejscu, gdzie biło serce i spojrzałam na niego z udawanym oburzeniem.
- Gdzież bym śmiała!
Wyglądał na mocno zirytowanego, nie przeszkodziło mi to jednak w ciągnięciu tej farsy. Wystarczyło rzucić mu kilka informacji, na tyle jednak mało, by nie pozostało mu nic innego, jak tylko zabrać mnie ze sobą na poszukiwania. Bym mu w odpowiedniej chwili podrzuciła odpowiedni trop. Może nie miałam w tym żadnego interesu, nie w samym złapaniu tego, kto był za śmierć basiora odpowiedzialny. Ale mogłam się podczas takiego mini śledztwa podszkolić, potrenować i utrwalić wiedzę i taktyki, których się w ostatnim czasie nauczyłam. Choć nie tylko te.
- Próbował pan może popytać przechodniów? Czy coś widzieli - powiodłam łapą naokoło, wracając do mojego w miarę normalnego tonu. Mięśnie pyska zaczynały mi sztywnieć od idiotycznego uśmiechu, w którym wykrzywiałam usta, więc go również porzuciłam. A co tam. Może a nóż widelec łatwiej mi pójdzie przekonanie basiora, że opłaci mu się zabranie mnie ze sobą do prowadzenia śledztwa.
- A czy oni wyglądają, jakby chcieli ze mną rozmawiać i jakby cokolwiek widzieli? - burknął, nadal patrząc na mnie spode łba, jednak starałam się to ignorować. Teraz może nie był zbyt przychylnie do mnie nastawiony, ale nic nie stało na przeszkodzie, by w przyszłości się to zmieniło.
- Ach, oni nie. Poza tym nie można ich o takie rzeczy pytać wprost. Trzeba się trochę pogimnastykować - uśmiechnęłam się przebiegle. - Nie ma opcji, żeby nikt nic nie wiedział.
- I nie ma opcji, żeby ci coś powiedzieli, nawet jeśli widzieli - sceptycyzm basiora z każdą chwilą zadziwiał mnie coraz bardziej. Jak można być tak negatywnym?
- Z własnej woli nie - prychnęłam i, bez ostrzeżenia, ruszyłam w stronę najbliższego, siedzącego pod jedną ze ścian, menelka. Zauważyłam go już jakiś czas temu, sterczał w jednym miejscu, zwinięty w kłębek, nie ruszał się za bardzo, jednak gdy jakiś nieuważny przechodzeń nadepnął mu na ogon, wywinął się i warknął na niego ostrzegawczo. Nie byłam pewna, czy w czasie ataku tu był, a jeśli był, to czy coś widział, czy akurat wtedy spał. Liczyłam jednak na to, że potworne wrzaski katowanego go obudziły. - Dzień dobry, proszę pana! - rzuciłam już z pewnej odległości, trochę głośniej, niż było trzeba, na wypadek, gdyby był przygłuchy. A było to całkiem prawdopodobne, skoro mógł tu spać. Albo po prostu przyzwyczaił się do panującego w Centrum zgiełku. - Piękną mamy pogodę, prawda?
Łypnął na mnie jednym okiem, ale nie poruszył się w żaden inny sposób. Tylko powieka raz po raz przesuwała się po gałce ocznej, gdy mrugał.
Wyrzuciłam z siebie jeszcze serię innych bzdurnych pytań retorycznych lub takich, na które zaraz sama sobie odpowiadałam. Trajkotałam jak najęta, starając się osiągnąć wcale nie trudną rzecz - wywołać u bezdomnego irytację. Zirytowany wilk chętniej zrobi wszystko, by jak najszybciej pozbyć się natręta. Żeby znowu mieć święty spokój.
- Dobra, pani - "obudził się" nagle. Podniósł łeb i spojrzał na mnie krzywo, z niezadowolonym grymasem na pysku. - Czego pani ode mnie chce?
- Oj, no tak - zaśmiałam się głupkowato. - Widzi pan, zastanawiałam się... Jak dobrze zna pan okolicę?
- Dość dobrze - burknął. Jego wzrok powędrował na basiora za mną. W jego oczach dostrzegłam błysk rozpoznania.
Serio, znali się? A może staremu pijaczkowi już tylko się coś we łbie pomieszało? Jedna i druga opcja wydawała się równie prawdopodobna.
- Och, a był pan tu może, gdy działy się te okropne rzeczy? To znaczy, podejrzewam, że okropne. Wrzaski, jakie niosły się po rynku, były przerażające - skuliłam lekko uszy, podkuliłam ogon. Rzuciłam ukradkowe spojrzenie na plamę na drodze. Całą sobą demonstrowałam niepokój.
Widział. Co prawda twierdził inaczej, ale mowa ciała go zdradziła. Kilka innych, zdawałoby się, że nie nawiązujących do sprawy pytań później dowiedziałam się, że w sumie to niewiele widział. Tłum wilków był zbyt gęsty, by się przypatrzeć.
Co, jak dla mnie, tym bardziej było dziwne. Że nikt nie zwrócił uwagi na krwawą jatkę, która się tu rozegrała.
No ale, żeby nie było, że wychodzę z niczym - zdobyłam rysopis kogoś, kto przystanął i patrzył dokładnie w miejsce kaźni. O dziwo podejrzewałam, że znam tego kogoś. Nie raz upijałam się w jego barze.
Wróciłam więc do Łysego z podniesionym dumnie ogonem i uśmiechem na ustach. Przekazałam mu, czego się dowiedziałam. Widziałam, jak mrużył oczy, patrząc to na mnie, to na bezdomnego, który tymczasem wrócił do swojej drzemki tudzież innej formy egzystencji, którą gwałtownie przerwałam swoim wtargnięciem. Podejrzewałam, że słyszał naszą rozmowę. A że nie zadałam żadnego bezpośredniego pytania o całą tą sprawę, nie powinno być opcji, żebym się czegoś dowiedziała na jej temat. A jednak.
- Właściciel Zajazdu "Pod Maciągowym Okiem" może coś wiedzieć na temat tej sprawy - poinformowałam w ramach podsumowania. - Możemy się do niego przejść. A nóż się czegoś ciekawego dowiemy.

<Elijas?>

Słowa: 1608 = 125 KŁ

poniedziałek, 13 lipca 2020

Od Saity - Trening VII

Opowiadanie zawiera miejscami słowa uznawane za wulgarne.


Zwykle w mojej pracy działałam sama. Więcej mógł zrobić, dowiedzieć się, samotny wilk, gdyż nie zwracano na niego aż takiej uwagi, jak, na przykład, na parę, albo tym bardziej grupę obcych osobników, pojawiających się w danym czasie w jednym miejscu. Niemniej, owszem, niektórzy preferowali działanie w grupie. Jednak ja do nich nie należałam.
Mimo to, jeśli dowództwo organizowało szkolenie dla swoich agentów, każdy wezwany miał obowiązek się na nim stawić. Bez gadania  rzucić wszystko i udać się we wskazane miejsce, by oddać się niesamowicie porywającemu treningowi z pozostałymi członkami naszych skromnych szeregów...
Takie zjazdy miały tę dodatkową zaletę, że pozwalały na poznanie się poszczególnych, działających samotnie wilków na stanowiskach szpiegów. Mogliśmy poznać tych, którzy będą stali po naszej stronie. Którzy w razie jakiś problemów mogą pomóc, wesprzeć w misji czy zwyczajnie stać się dobrym partnerem do niezobowiązującej konwersacji. Raczej wszyscy szpiedzy Królestwa działali dla tych samych założeń, mieli podobne cele misji, które im zlecano. Jeśli więc któryś z naszych szeregów miał gorszy dzień, potrzebował z kimś szczerze porozmawiać, zawsze mógł liczyć na kompanów. Co prawda nigdy nie odczułam potrzeby wykorzystania tej opcji, ale kto mógł wiedzieć, co przyniesie odległa przyszłość?
Jednak, mimo tych wszystkich pobocznych korzyści, takie zjazdy miały na celu głównie szkolenie nas. Sprawianie, byśmy stawali się jeszcze lepszymi w tym, co robimy. Zwykle trwały tylko jeden dzień, a nawet sam poranek czy popołudnie. Nic nadzwyczajnego. Jeden zjazd skupiał się zwykle na jednym rodzaju treningu. Jakiś tor przeszkód czy, jak tym razem - walka z wykorzystaniem broni lub bez niej.
Odgrywaliśmy różne scenariusze walki. Musieliśmy być w niej bardzo dobrzy, przede wszystkim skuteczni... W naszym przypadku nie było miejsca na błędy, bo podrzędnych szpiegów nikt nie ratował w sytuacji zaliczenia wpadki. Nawet tych wyżej usytuowanych nieczęsto decydowano się wyciągać z opresji. Musieliśmy sobie radzić sami... a najlepiej nie dawać się złapać na szpiegowaniu. Trening walki mógł nam w tym pomóc. Poprawić naszą zwinność, która często okazywała się niezbędna do wywinięcia się z nieciekawej kabały, w jaką ewentualnie można się było wpakować.
- Saita z Rodu Warren? - usłyszałam za sobą obcy głos, który zmusił mnie do oderwania się od szklanki soku, którą powoli sączyłam, siedząc przy jednym ze stolików bufetowych przy polu, gdzie odbywały się ćwiczenia. Wszystko w jednym miejscu, można powiedzieć. Żeby nie kręcić się za bardzo po okolicy, a tym samym nie zwracać na siebie za dużej uwagi.
I tak, piłam sok. Po prostu sok. Niesamowite? Trochę tak, jeśli ktoś mnie zna tylko z knajp czy tak zwanego "przebiegu". Acz, o dziwo, piję tylko w pracy.
Tak tak, taki trochę paradoks. Cóż począć - ani ja, ani moja praca, a już tym bardziej moje życie nie były normalne, nie można więc ich było normalnymi miarami mierzyć.
- To ja - uśmiechnęłam się ciepło, odwracając się do basiora, który przystanął przy moim stoliku. Nie znałam go. Część obecnych tu wilków kojarzyłam, spotykaliśmy się wcześniej na podobnych szkoleniach. Kojarzyli mnie z imienia, nazwę rodu, z którego pochodziłam, kojarzyli. Myślę, że jakby ją usłyszeli, połączyliby mnie z nim, jednak sami z siebie nie potrafiliby powiedzieć, jak się mój Ród nazywa. Nie miałam im tego za złe. Czasami sama zapominałam...
Wstyd i hańba? Według mojej rodziny - jak najbardziej. Dla mnie te kwestie to tylko niepotrzebna biurokracja. W pracy i tak musiałam dość często zmieniać tożsamość.
A wracając... Patrzyłam na basiora z uprzejmym zainteresowaniem, zastanawiając się, skąd zna moje pełne miano i czego ode mnie chciał. Pogawędzić? Zdobyć nowe kontakty? Może miał mi coś do przekazania?
- Jesteśmy parą w kolejnej sesji treningowej - oznajmił, posyłając mi promienny uśmiech, choć spojrzenie, które mi posłał, zdecydowanie nie wskazywało na to, że jest z tego powodu zadowolony. Powstrzymałam się od odruchowego zmarszczenia brwi. Pomijając, że jak na szpiega kiepsko krył się z emocjami... Jaki miał do mnie problem? Bo chyba nie rozumiałam. Pierwszy raz gościa na oczy  widziałam i już fochy? Bo co? Bo byłam waderą?
Jak się okazało, potem moje przypuszczenia miały się potwierdzić. Ale nie uprzedzajmy faktów aż tak bardzo.
- Och, dobrze - odpowiedziałam uśmiechem, starając się nadać mu jak najwięcej autentyczności. Raczej wyszło mi to lepiej, niż mojemu nowemu znajomemu, bo odraza w jego oczach tylko nabrała na intensywności. - Zaczniemy, jak tylko skończę, co? - zadałam pytanie, ruchem głowy wskazując szklankę z sokiem, która w tym momencie była już opróżniona jakoś w trzech czwartych.
- Możemy też zacząć od razu, żeby mieć to z głowy, i potem dopijesz - zauważył, opierając się o stolik koło mnie i mrugając do mnie, w jego mniemaniu pewnie zalotnie. Przybrałam wyraz pyska, który imitował autentyczne rozmyślanie nad propozycją... po czym wzruszyłam ramionami.
- Niewiele mi zostało, a nie wiadomo, ile nam zajmie sparing.
- Oj, wątpię, żeby trwał długo - mruknął.
Drgnęłam na te słowa, przenosząc gwałtownie wzrok na basiora. Teraz naprawdę zmarszczyłam brwi, poniewczasie orientując się, że może nie powinnam zdradzać aż takich emocji. Daję mu tylko amunicję. Powinnam panować nad emocjami, a już szczególnie nad okazywaniem ich.
- To się chyba dopiero okaże - zaśmiałam się nieco głupkowato, wracając do poprzedniego wyrazu pyska. Upiłam resztę soku ze szklanki, którą następnie odstawiłam gwałtownie na stół, oblizując wargi. Basior przez moment śledził ruch mojego języka, dość szybko jednak się opanował, uciekając spojrzeniem. Jednak ta chwila wystarczyła, bym to zauważyła. I wydedukowała szansę, jaką mogłam dzięki tej drobnej słabości basiora osiągnąć.
Wielu uważało wykorzystywanie swojego ciała jako narzędzia w taki sposób, jak ja to robiłam, za obrzydliwe. Haniebne. Pewnie znaleźliby jeszcze kilka epitetów, by to określić, a które w tej chwili nie przychodziły mi do głowy. Niemniej - to działało, było wygodne, może nie najbardziej moralnie akceptowalne... Ale to było moje ciało, ja decydowałam, jak je wykorzystam. A tak się składało, że traktowałam je jako narzędzie. Idealne do osiągania tego, czego chciałam.
W końcu jednak wstałam, nie chcąc jeszcze bardziej irytować tego gościa. Jak na mój gust, musiał być nowicjuszem, był zbyt niecierpliwy jak na zaprawionego w boju szpiega. Nasza robota nigdy nie działała na zasadzie hop i jest, informacje, których potrzebujemy, znalazły się w naszym posiadaniu. Wręcz przeciwnie, nieraz miesiącami trzeba pracować nad celem, zmiękczać go, kruszyć, by potem uformować na nowo... Tak, jak nam to będzie odpowiadało. A basior... Nie wyglądał na kogoś, kto lubił czekać. Chyba, że na potrzeby pełnionego stanowiska potrafił uzbroić się w cierpliwość. Niemniej w takim układzie tylko siebie krzywdził. Jeśli ktoś nie jest cierpliwy z natury, lepiej, by pomyślał nad objęciem innego stanowiska. Zastępy szpiegów nie są dla niego.
- Ty znasz moje imię, ja nie znam twojego - uśmiechnęłam się ciepło, zrównując się z basiorem, gdy już kierowaliśmy się w kierunku placu, gdzie w tej chwili walkę toczyły jeszcze dwie pary. I to już od jakiegoś czasu. Prowadzili walkę na wyczerpanie, która wymagała więcej zwinności, niż siły. Stawiała raczej na unikanie ciosów, niż ich zadawanie.
- Franc - rzucił krótkim, dość ostrym tonem, na który zareagowałam zwróceniem uszu w jego stronę. Skupiałam na nim uwagę i chciałam, żeby to wiedział.
- Jak długo działasz na stanowisku? - zapytałam z czystej ciekawości. Chcąc stworzyć sobie w głowie jakiś obraz życia basiora.
- Na pewno dłużej, niż ty - uśmiechnął się ciepło, zwracając się w moją stronę. I mimo tej miny ostre słowa nie straciły na swojej sile.
Nie miał pojęcia, że siedziałam w tym niemal od szczeniaka, a wcześniej przeszłam jeszcze przeszkolenie wojskowe. Nie miałam zamiaru go o tym uświadamiać.
- Mam już pewne doświadczenie. Wiele pozytywnie zakończonych misji za sobą - mówił dalej, a ja słuchałam go z zainteresowaniem i niewielką domieszką rozbawienia. Choć wzrokiem wodziłam wszędzie dookoła, witając się ze znajomymi wilkami, których mijaliśmy i generalnie zdając się zupełnie nie zwracać uwagi na to, co mówi do mnie basior. Jak tak staliśmy koło siebie, mogłam zobaczyć, że jest znacznie ode mnie wyższy i masywniejszy, choć ja do niskich nie należałam. Do tego z każdym kolejnym jego słowem przechwałki coraz bardziej zastanawiałam się nad tym, jak trafił w nasze szeregi. Za dużo o sobie mówił, jak na kogoś siedzącego w zawodzie od lat. Rozumiem, że byliśmy wśród "swoich", mogliśmy sobie na więcej pozwolić... Ale nie na AŻ tyle.
Nadal wysłuchując jego wywodu i zapisując sobie w pamięci co istotniejsze fakty, złapałam kontakt wzrokowy ze znajomym basiorem. Moim przyjacielem, można powiedzieć. Obydwoje urzędowaliśmy w Centrum i odkąd poznaliśmy się na jednym z podobnych do tego zjazdów, często pomagaliśmy sobie w robocie. A, no i był telepatą, czym ja się, stety bądź mniej stety, nie mogłam pochwalić.
Gdy tylko jego wzrok padł na mojego nowego znajomego skrzywił się znacząco, adresując ten grymas do mnie. Normalnie w zasadzie nie dało się odczytać z jego pyska intencji, które nim kierowały. A jak się dało - robił to całkowicie świadomie. Albo sytuacja była naprawdę gówniana.
Odpowiedziałam wywróceniem oczami i lekkim położeniem uszu po sobie. Buc, przekazałam w ten sposób niewerbalnie, na co basior skinął lekko głową: Wiem. Potem uśmiechnął się i machnął zachęcająco swoim czarnym ogonem. Ale dasz radę, pokaż mu.
Wiedziałam, że dam. Nie z takimi dryblasami i przemądrzałymi bubkami sobie radziłam. Nadal jednak zastanawiało mnie, jak on został mianowany na stanowisko szpiega z takim podejściem do tematu, jakie ma.
Zatrzymaliśmy się przy trenerach, którzy rozpoczynali sparingi i dawali wskazówki, gdy zaszła taka potrzeba. Była ich zaledwie garstka, dlatego nie skupiali się zwykle na każdym wilku, prowadząc go za rączkę. Bardziej uczyliśmy się tu od siebie nawzajem, niż od nich. Oni tylko nas nakierowywali na odpowiednie tory, gdy bardzo z nich zbaczaliśmy. Z jednym z nich też się całkiem dobrze dogadywałam, do tego też właśnie wtedy podeszliśmy. Już na wstępie posłał mi ciepły uśmiech, który zaraz odwzajemniłam.
- Hejka, Saita - rzucił, przenosząc wzrok na mojego towarzysza. Mina momentalnie mu zrzedła, a ton się jakby oziębił. - Dzień dobry, Franc - po czym zmarszczył brwi w konsternacji i popatrzył to na jednego, to na drugiego z nas. - Dobrali was w parę?
- Niesamowite, prawda? - podłapał natychmiast Franc, a ja aż zamrugałam w reakcji oburzenie w jego głosie. Które zdecydowanie nie było udawane. Musiałam potem dopytać towarzystwa, skąd się ten gościu urwał i jakim cudem jeszcze nie stracił stanowiska. Mordkę może i miał niczego sobie, czekoladowo brązowa sierść, jaka pokrywała go od góry do dołu miała w sobie pewien urok. Jednak samą ładną buźką nie dało się za wiele zdziałać. Trzeba było potrafić jeszcze słuchać, nie mówić za wiele o sobie, za to zapamiętywać to, co mówią o sobie inni. Tymczasem... No nie wiem, nie wiem. Typ wyglądał mi naprawdę podejrzanie i nietypowo, jak na to miejsce zatrudnienia. - Przecież zmiotę ją jednym ciosem. Nie ma ze mną szans. Żadna wadera nie ma.
Zamrugałam ponownie, tym razem wręcz przysiadając na zadzie, patrząc na basiora w szczerym szoku... A potem obudziła się we mnie złość.
No co za chuj.
Wściekłość tę wyraźnie dostrzegł trener, Blash, który uśmiechnął się na to lekko. Franc totalnie nie zwracał na mnie uwagi, dlatego mu to umknęło. Pewnie to lepiej. Blash spojrzał w naszą stronę współczująco... Nie dokładnie na basiora. Ale do niego było to spojrzenie skierowane. Cóż, biedak nie załapał.
- Dokładnie! Trzeba jej chyba współczuć - w duchu życzyłam mu, żeby się zaraz z tego oburzenia nie zapowietrzył. Gdy po tych słowach spojrzał na mnie, w ekspresowym tempie przywróciłam na mój pysk nieco głupkowaty wyraz, udając, że oglądam z zainteresowaniem otoczenie, a nie skupiam się na tym, co mówi. - Dziwka może i nadaje się do szpiegowania kracji w ich sypialniach, ale do bitki? Szanujmy się.
Aaaa, więc to tu go gniotło...
Słowo na "d" nieszczególnie mnie ruszyło. Przyzwyczaiłam się, że jestem tak nazywana. Za to nazwanie mnie w ten sposób dało mi lepszy pogląd na sytuację. Musiał z kimś o mnie rozmawiać. A może nawet kojarzył mnie gdzieś z terenu. Tak, przyznaję, zachowuję się momentami jak kurwa, potrafię flirtować z każdym i niemal każdego przekonać o mojej nieszkodliwości, tylko przy pomocy odpowiedniego wykorzystania mojego ciała. Ale nie tu. Gdy przychodził czas szkolenia, odrzucałam wszelkie maski czy role, które na co dzień odgrywałam, na bok, a skupiałam się na zdobywaniu wiedzy, która potem mogła mi się przydać. Nie pokazywałam od razu innym wszystkiego, jak na dłoni. Ale nie grałam tu zdecydowanie słodkiej idiotki. Jeśli nie zostałam do tego sprowokowana, tak jak teraz, przez niego. A on to podłapał, pewnie utwierdzając się tylko w przekonaniu, co od kogoś usłyszał. A walka z waderą do towarzystwa, która szpiegiem została tylko dlatego, że potrafi zdobywać informacje przez łóżko... Chyba biła, i to dość mocno, w jego męski honor.
Niemniej, nie był to mój problem.
- Cóż, na pewno uda ci się ją czegoś nauczyć w takim razie - rzucił Blash, starając się ukryć rozbawienie na słowa basiora. Znał mnie. Widział, jak walczę. Wiedział, że faktyczny wynik naszej potyczki mógł znacząco odbiegać od przypuszczeń Franca. Jednak nie oświecił go. Może jemu też basior zalazł za skórę. - Tam macie wyznaczony ring, możecie zaczynać. Z chęcią zobaczę, jak ta walka się potoczy - mrugnął do mnie znacząco, a ja zaśmiałam się, nieco zbyt głośno. Miało to utwierdzić basiora w przekonaniu, że ma nade mną przewagę. Że się go boję albo nie zdaję sobie sprawy z niebezpieczeństwa. Tymczasem było zgoła odwrotnie.
Kątem oka dostrzegłam cień uśmiechu na pysku drugiego z moich znajomych, tego, z którym wcześniej sobie chwilę niemo porozmawialiśmy. Tray zbliżył się do nas wraz ze znajomymi. Widocznie nie chciał, żeby ominęła go zabawa przyglądania się, jak rozkładam pewnego siebie idiotę na łopatki. Typowe.
Mimo to jakoś mi cieplej było z myślą, że mam osoby, które mi kibicują. Zamiast nazywać mnie dziwką.
Tanecznym krokiem ruszyłam w kierunku wyznaczonego pola, jakoś w połowie drogi udając, że się potykam, omal nie padając na basiora.
- Oj, przepraszam, niezdara ze mnie! - zaśmiałam się nerwowo, choć w rzeczywistości byłam spokojna. Puls miałam spokojny, tylko oddech nieco nierówny, ale to dlatego, że umyślnie go spłyciłam. Było to nieco męczące, zmuszanie się do innego sposobu oddychania. Ale zwykle się opłacało. Niewielkie zmarnowanie energii na rzecz elementu zaskoczenia... Opłacalna "inwestycja".
- W porządku - burknął, odpychając mnie, teraz już chyba naprawdę obrażony na mnie. Albo na całą tą sytuację, że w ogóle musi stawać do walki ze mną.
Tyle, że nie powinno się nigdy lekceważyć przeciwnika. To dość cenna lekcja, którą każdy powinien odebrać. A ja... Cóż, ja miałam mu jej udzielić całkiem niedługo.
- Zaczynacie na trzy i w zasadzie... No, kto pierwszy się podda albo nie będzie miał siły walczyć dalej - Blash stanął w pewnej odległości od nas, z rozbawieniem patrząc na grupkę gapiów, która już się zebrała dookoła. Franc usiadł niedbale w regulaminowej odległości ode mnie i ziewnął. Ja ugięłam nieco łapy, by mieć łatwiejszy start, kładąc ogon płasko na ośnieżonej powierzchni. Zwarta i gotowa w każdym momencie wystrzelić. Jednocześnie cały czas kontynuowałam tę szopkę, położyłam uszy, rzucałam wzrokiem dookoła, oddychałam ciężko... Jakbym zdała sobie właśnie sprawę z tego, co mnie czeka. I bardzo się tego bałam.
- Zawsze możesz się poddać od razu - rzucił Franc cicho, gdy Blash zaczął odliczanie. Udałam zainteresowanie, skierowałam uszy w jego stronę. Uśmiechnął się, gdy na moment wstrzymałam oddech. - Dle mnie też cała ta sytuacja jest idioty...
- TRZY! - krzyknął Blash, a ja wystrzeliłam. Szybka, jak błyskawica, niespodziewanie, zarzucając ogonem tak, że wzbiłam w powietrze chmurę sypkiego śniegu, która momentalnie opadła na oczy basiora. A ja to wykorzystałam, by przemknąć niezauważona za jego plecy. W zasadzie samo to mogło mi wystarczyć do powalenia przeciwnika. Jednak gdzie byłaby w tym cała zabawa? Stuknęłam go więc tylko łapą w plecy. Nie miałam może wystarczająco siły, żeby go powalić czy chociaż wytrącić z równowagi. Ale zaznaczyłam cios. Gdybyśmy walczyli na poważnie, mogłam mu w tej chwili wbić ostrze w plecy. Byłby martwy.
Basior odwrócił się gwałtownie, próbując trafić mnie łapą na odlew. Nie wyszło, bo w ostatniej chwili ponownie przypadłam brzuchem do ziemi. Kończyna basiora przeleciała nade mną, a gdy nie napotkała spodziewanego oporu, basior siłą rozpędu stracił równowagę, odwracając się do mnie bokiem. A ja wystrzeliłam zwinnie z poziomu gruntu, celując zębami we wrażliwy brzuch wilka, zaznaczając kolejny cios. Potencjalnie śmiertelny w zwyczajnej walce.
Zaklął szpetnie, gdy poczuł, jak moje zęby zaciskają się nieco na jego skórze. Odskoczyłam jednak równie szybko, jak przyskoczyłam, uciekając spoza zasięgu łap basiora. Sytuacja powtórzyła się jeszcze kilkakrotnie. Doskakiwałam do basiora i odskakiwałam od niego, w zasadzie nie dając mu możliwości na wymierzenie jakiegokolwiek ciosu. W żadnym miejscu nie zostawałam dłużej, niż było to konieczne do zadania szybkiego ciosu, może nie silnego, ale jeśli w normalnej walce zsumuje się liczne małe, lecz krwawiące dość obficie ranki, mogły okazać się równie niebezpieczne, co rozszarpane gardło. Upływ krwi zawsze niósł ze sobą ryzyko. Poza tym... Na dobrą sprawę mogłam po prostu przy pierwszym lepszym ciosie dźgnąć go jakąś bronią. I kaput.
Cóż rzec... Franc nie docenił przeciwnika. Wydurnił się przed innymi obecnymi tu wilkami, którzy, gdy po kilkunastu minutach zabawy w kotka i myszkę wypchnęłam go w końcu poza obszar ringu, tym samym zmuszając go do poddania się, parsknęli wręcz gromkim śmiechem.
Ja się nie śmiałam. Patrzyłam poważnie na Franca rozłożonego przede mną na ziemi. Przez głowę przebiegały mi raz po raz słowa, które wypowiedział pod moim adresem przed walką. Nie byłam mściwa. Ale nawet ja miałam swoje granice. I lubiłam od czasu do czasu się nad kimś poznęcać. Szczególnie, gdy wcześniej popisał się swoją głupotą.
- Głupio tak, przegrać ze zwykłą dziwką, co? - rzuciłam kpiąco. Warknął na mnie.
I nie, nie odwróciłam się do niego plecami. Nie byłam głupia, prawdopodobnie by się na mnie wtedy rzucił. Zamiast tego wyciągnęłam do niego łapę, oferując mu pomoc w pozbieraniu się z ziemi. Odtrącił ją. Spodziewana reakcja. Sam dźwignął się na łapy, splunął w moim kierunku, na co uniosłam brwi w lekkiej konsternacji. Zachowujemy się jak dzieci?
Jednak zaraz potem odwrócił się i zaczął się oddalać. A mnie jakoś nie bawiła wizja łażenia za nim. Po co mi to? Denerwowanie się, przejmowanie jakimś gościem, którego ego jest większe, niż on sam. No bądźmy poważni.
- Ładnie mu pokazałaś - Tray pacnął mnie łapą w plecy z taką siłą, że się zachwiałam. Posłałam mu mordercze spojrzenie, ale gdy tylko zobaczyłam szeroki uśmiech na jego pysku, odwzajemniłam go. No nie mogłam się po prostu powstrzymać.
- Gdzie on się uchował? Nie zachowywał się, jak szpieg - zapytałam czarnego basiora, ruszając u jego boku z powrotem w stronę miejsca służącego nam za stołówkę, z którego zabrał mnie Franc. - I strasznie poważnie podchodził do tematu. Przecież to tylko trening, nie walka na honor - pokręciłam z niedowierzaniem głową.
- Ach, Sai... Myślałem, że potrafisz odczytywać wilki - zaśmiał się, szturchając mnie lekko. Udałam nabzdyczenie, ale jego nie mogłam oszukać. Bez ostrzeżenia polizał mnie po pysku, na co kłapnęłam mu zębami przed nosem. Zaśmiał się szczerze, a ja zaraz do niego dołączyłam... Bo tak. W jego towarzystwie po prostu dobrze się bawiłam.
- Bo potrafię. I jak na moje oko połowa tego, co naopowiadał, to kłamstwa.
- Pewnie więc tak jest. Możemy się kiedyś dowiedzieć. W wolnej chwili, czy coś. Aczkolwiek tak, prawdopodobnie tylko pompował swoje ego - położył głowę na mojej szyi, bezczelnie wykorzystując, że jest wystarczająco ode mnie wyższy, by iść w tej pozycji, każąc innym zastanawiać się, czy coś nas łączy. Takie spaczenie szpiegów. Często odruchowo wręcz próbowaliśmy wydedukowywać, co kogo z kim łączy. A takie zabawy, jak uskutecznialiśmy z Tray'em, nie pierwszy raz z resztą... To też jakaś forma treningu dla innych. Niech się domyślają, o co chodzi.
Tymczasem... Trening walki, nawet tak teoretycznie mało ekscytujący, szczególnie dla obserwatora, bo od pierwszej chwili widać było, że osaczyłam przeciwnika i mam nad nim przewagę... Potrafił być pouczający. I nadal był treningiem. Takie skakanie dookoła Franca wymagało ode mnie dużej zręczności. A kilkanaście minut takiej zabawy doskonale sprawdzało się jako metoda polepszania jej.
A tak poza tym... Czy to koniec z Francem? Jeśli mam być szczera - nie wydawało mi się. Wilki takie, jak Franc, nie należały do szybko odpuszczających.
Byłam niemal pewna, że jeszcze przyjdzie nam się spotkać.


Nagroda: 2 punkty zwinności

poniedziałek, 6 lipca 2020

Od Saity - Trening I

W brew pozorom i powszechnych opinii, jakie o mnie krążyły w okolicy, nie byłam tak zupełnie oderwana od rzeczywistości, nie skupiałam się tylko i wyłącznie na spędzaniu każdej chwili mojego życia w różnego rodzaju, często wątpliwej reputacji, przybytkach. Być może to, co teraz powiem, będzie zaskakujące, wręcz nieprawdopodobne, ale... od czasu do czasu lubiłam wpaść do biblioteki. O dziwo nie zawsze, żeby kogoś poszpiegować. Niekiedy odczuwałam po prostu potrzebę przejrzenia kilku książek, a przy odrobinie szczęścia i chęci - nauczenia się z nich czegoś, co w przyszłości mogło mi się przydać. Choć z drugiej strony, jeśli by się nad tym zastanowić... zawsze lubiłam zdobywać wiedzę. Na różne tematy. Im więcej wiedziałam, tym, można powiedzieć, pewniej się czułam. W różnych życiowych sytuacjach.
Mimo to, reputacja, jaką sobie stworzyłam, a jakiej nie chciałam utracić z wygody, nie pozwalała mi od tak wejść do biblioteki. W końcu - co taka głupia wadera miałaby robić w tak poważnym miejscu jak biblioteka? No, jak nic coś się w takim układzie nie zgadzało. Dlatego musiałam skorzystać z przebrania.
I jak normalnie raczej nie używałam moich mocy, bo doskonale radziłam sobie bez nich, tak tym razem jakoś tak wyszło, że zostałam do tego w pewien sposób zmuszona. No bywa. Nie płakałam nad tym jakoś szczególnie.
Wkroczyłam więc do biblioteki... Po prostu z przefarbowaną sierścią - nie byłam już biała, a niemal idealnie czarna. I ze zmienionym kolorem oczu z błękitnych na fioletowe. Niby niewielka różnica, w końcu nie bawiłam się w żaden sposób w manipulowanie kształtami mojego ciała, a jednak kamuflaż był skuteczny. Jeśli spodziewasz się zobaczyć białą waderę o niebieskich oczach, nie dostrzeżesz jej w kruczoczarnym wilku, który ma fioletowe oczy. Sztuczka prosta, a działała. Czasami aż sama nie dowierzałam w prostotę, z jaką w niektórych sytuacjach działał wilczy umysł. Jak łatwo można go było oszukać, zaledwie tak skromnym nakładem sił.
Przemknęłam między regałami, grzecznie witając się z pracującymi tu bibliotekarzami i ich pomocnikami, których mijałam. Taka codzienna grzeczność o dziwo również odwracała od ciebie uwagę. A na pewno bardziej, niż mijanie innych gburowato i bez słowa. Przynajmniej w większości przypadków. Teraz również. Ciężko pracujące wilki zwykle doceniały każdy przejaw dobrych intencji ze strony innych, skupiali się więc na uczuciu szczęścia, jakie towarzyszyło im w momencie, gdy ktoś miło ich potraktował, nie na samej osobie, która nie minęła ich bez słowa.
Udałam się do działu, w którym stosunkowo niewielu przesiadywało. Zagadki i łamigłówki. Niezbyt popularna kategoria, choć mogłoby się wydawać inaczej. Wtedy byłam tam zupełnie sama, mogłam więc na spokojnie oddać się przeszukiwaniu półek, w poszukiwaniu czegoś ciekawego, co pomogłoby mi poszerzyć moją wiedzę. Znalazłam kilka ciekawie się zapowiadających, ułożyłam je na kupce przy jednym z wygodnych foteli, które porozstawiane były niemal po całej bibliotece, by chętni mogli zasiąść na nich i w spokoju, nie niepokojeni przez nikogo, zagłębić się w lekturze. To samo zrobiłam wtedy i ja, korzystając ze stosiku i innych elementów otoczenia, by dodatkowo zasłonić się przed wzrokiem potencjalnych przechodniów. Swoją drogą, zabawna sytuacja - musiałam ukrywać swoją obecność w tak światłej instytucji, jaką jest biblioteka, podczas gdy inni wręcz się takimi wizytami szczycili, natomiast będąc w barze czy na jakiejkolwiek innej popijawie, robiłam wszystko, by zwrócić na siebie uwagę jak największej ilości wilków. Trochę paranoja. Ale cóż poradzić - taki zawód. I taki już mój charakter.
Jedna z wybranych przeze mnie książek szczególnie zwróciła moją uwagę. Niby niepozorna, zaledwie kilkunastokartkowa, w miękkiej oprawie bez tytułu, a jednak... w środku skrywała naprawdę ciekawe porady. "Jak uciec z miejsca zbrodni", tak można by ją zatytułować moim zdaniem. Choć obejmowała nie tylko ucieczkę z miejsca, w którym w danej chwili coś się za naszą sprawą wydarzyło, ale również podpowiadała, co zrobić, jeśli już zostaniemy złapani. Śmieszna sprawa. Zawsze myślałam, że jestem w tych sprawach całkiem niezła - w sensie, w znikaniu tak, by nikt mnie nie powiązał z danym wydarzeniem. Tymczasem okazało się, że naprawdę wielu rzeczy, sztuczek, trików, nie znałam. Z każdą kolejną analizowaną stroną na mój pysk wypływał coraz szerszy uśmiech. Każda z rozpisanych akcji wydawała się być coraz ciekawsza, coraz więcej widziałam dla nich potencjalnych zastosowań...
Które, o ironio, w połączeniu z pewną dawką inteligencji, dość szybko miałam okazję wykorzystać.
Nie, nie jestem panikarą. Ale jak widzisz wilka, z którym kiedyś spałaś, który miał cię od zawsze (i nadal ma) za tępą idiotkę, a który jeszcze nie pogodził się z tym, że nie miał szans na stały związek ze mną... Nie uciekasz. Ale postanawiasz powziąć taktyczny odwrót z niezbędnymi środkami ostrożności, żeby na pewno nie zostać dostrzeżonym. A już broń boże rozpoznanym. Bo tacy są najgorsi - plotki się od nich rozchodzą z prędkością błyskawicy. Jakby zobaczył mnie siedzącą w bibliotece, następnego dnia już całe Centrum by o tym wiedziało. I wszystkie te akcje, w których popisywałam się wspaniałymi zdolnościami aktorskimi, poszłyby się jebać. Zaczęto by się zastanawiać, czy aby na pewno mam tak pusto w głowie...
Albo, co bardziej prawdopodobne, nikt by nie uwierzył, ewentualnie się tym średnio przejął. Nie byłam jakąś lokalną celebrytką. Niemniej nie chciałam ryzykować. Łatwiej i bezpieczniej było się po prostu zewakuować.
No i akurat przy okazji przećwiczyć nowo zdobyte umiejętności. I wykazać się odrobiną inteligencji w zastosowaniu ich w zdecydowanie nietypowym terenie, jakim było otoczenie wypełnione przez biblioteczne regały. Kto by pomyślał, że będę kiedyś musiała uciekać z biblioteki...
Basior chyba mnie nie zauważył, gdy, starając się być możliwie cicho, odłożyłam cienką książeczkę na stertę pozostałych, które sobie przeniosłam. Ani potem, gdy ostrożnie wstawałam z fotela i ruszyłam spokojnym krokiem za regały, tak, by jeden rząd książek oddzielał mnie od obcego elementu. Może jakbym po prostu teraz wyszła, przeszła jak gdyby nigdy nic obok niego, nawet nie zwróciłby na mnie uwagi. Choć mojej sierści bliżej już było kolorem do białej, mojej pierwotnej, a oczy pewnie były teraz już prawie błękitne. Zaklęcie z czasem się rozpadało, a ja spędziłam w bibliotece sporo czasu. Wystarczająco, by kamuflaż zdążył zniknąć. Prawdopodobnie gdyby coś pokusiłoby go, by spojrzeć w moją stronę, rozpoznałby mnie. I z dużym prawdopodobieństwem coś by odwalił. W rodzaju "Hej, Saita, co ty tutaj robisz?" wykrzyczane na całe gardło.
No nie, po prostu mi się to nie widziało.
Starając się jednocześnie nie wzbudzać podejrzeń innych wilków, których dziwnie dużo się zebrało w bibliotece w to słoneczne popołudnie, przemykałam między regałami. Ze spuszczoną głową, opuszczonym ogonem, by nie zwracać na siebie żadnej szczególnej uwagi. Niczym się nie wyróżniając z tłumu. Zachowywać się jak typowa wadera, która po prostu przyszła poczytać... Takie tam oczywistości.
Gdy oddaliłam się od znajomego, mogłabym w zasadzie wrócić do normalnego trybu opuszczania tego miejsca. Uznałam jednak, że w sumie dlaczego by nie poćwiczyć trochę logiczne myślenie? Niczym mi to nie mogło zaszkodzić, wręcz przeciwnie.
Dlatego również całą resztę trasy, kręcąc się nieco, nadrabiając drogi, przeszłam, starając się wzbudzać jak najmniejszą uwagę innych. Co któregoś wilka, dla treningu, uznawałam za znajomego, musiałam unikać go bardziej od pozostałych, w znaczeniu - on nie mógł mnie nawet zauważyć. Niekiedy wymagało to ode mnie naprawdę sporego nagimnastykowania się, wyczucia, kiedy będę mogła iść, kiedy wilk będzie odwrócony do mnie plecami. Wybierania odpowiednich ścieżek, by nie wpaść przypadkiem na kogoś.
W końcu po kilkudziesięciu minutach takiej zabawy w krętych alejkach biblioteki, wyszłam w końcu na zewnątrz. Uśmiechnęłam się lekko, zadowolona, natychmiast wmieszałam się w tłum i ruszyłam w losowym kierunku, bez żadnego konkretnego celu. Los zadecyduje, gdzie tym razem mnie łapy poniosą... choć przypuszczałam, że ostatecznie jak zwykle wyląduję w jakiejś melinie zapita w trzy dupy.


Nagroda: 2 punkty inteligencji

czwartek, 2 lipca 2020

Od Saity do Calypso

- Przyszłaś w jakimś celu, czy jak zwykle dla zabawy?
Uśmiechnęłam się do pytającego mnie o to basiora, stojącego za barem karczmy, do której zawitałam tego dnia. Stara Wiosna. Lubiłam to miejsce. Lubiłam jej właściciela. On chyba też nie miał nic przeciwko mnie, z resztą, generalnie był całkiem pozytywnie nastawiony w stosunku do innych wilków. Podobało mi się to. Może dlatego tak chętnie wpadałam tu z nim pogawędzić.
No i, jeśli mam być szczera, Willy był skarbnicą wiedzy. Jego swego rodzaju dar zjednywania sobie innych sprawiał, że nie tylko ja lubiłam spędzać z nim czas. A podczas nawet niezobowiązującej rozmowy, jeśli nie pilnuje się wystarczająco, można było sporo zdradzić... Potem natomiast, zupełnie niechcący, znany wszystkim basior mógł mi się w jakiejś gorącej kwestii wygadać. Karczma była więc dla mnie łatwym źródłem informacji. Ta w szczególności.
- Moje życie to ciągła zabawa, mój drogi - zaśmiałam się dość piskliwym, głupiutkim śmiechem, sięgając po kufel z piwem, który mi podał. Pociągnęłam łyk napoju, mrużąc lekko oczy z zadowoleniem. Czasami mnie samą niepokoiło to, z jaką łatwością zgrywałam słodką idiotkę. Ale cóż, taka praca. - Działo się dzisiaj coś ciekawego?
Basior nie od razu odpowiedział na moje pytanie. Oparł się za to o bar przede mną i zapatrzył na mnie z zainteresowaniem. Uśmiechnęłam się kącikiem pyska, odsłaniając lśniący bielą kieł, zastrzygłam uszami i pochyliłam się nieznacznie w kierunku basiora... Niemal natychmiast Willy się cofnął, kręcąc lekko głową z niedowierzaniem, by zająć się czyszczeniem kufli. Zadowolona z siebie upiłam kolejny łyk alkoholu, przenosząc wzrok na salę, starając się dostrzec jak najwięcej szczegółów, które mogłyby mi się kiedyś potencjalnie przydać. Tymczasem barman w końcu się odezwał, stawiając przede mną miseczkę z jagodami.
- Nie wydaje mi się, żebyś nie pracowała - przyglądał mi się z pewnym zainteresowaniem. Nie zmieniłam w żaden sposób swojej postawy, tak, jakbym w ogóle jego słów nie słyszałam. Mimo to basior kontynuował. - Masz za dużo pieniędzy - zaśmiał się, ja tylko spojrzałam na niego z lekkim uśmiechem i machnęłam łapą, zbywając jego słowa.
- Gdzie tam - prychnęłam, śmiejąc się cicho. - Wcale nie mam aż tylu pieniędzy.
Basior nie zwrócił uwagi na to, że nie odniosłam się do tego, czy pracuję. Lepiej dla mnie. W końcu jaki sens miało chwalenie się, że pracuje się jako szpieg...? Najwygodniej było mi po prostu przemilczać tę kwestię. Pozwolić, by wilki same sobie dopowiadały pewne informacje. W brew pozorom, im więcej plotek na mój temat krążyło, tym lepiej dla mnie.
Willy mruknął coś niewyraźnie, jakby nie dowierzając, jednak nie skomentował moich słów. Zamiast tego wrócił do czyszczenia kufli i szklanek, podążając za moim wzrokiem, błądzącym dookoła w poszukiwaniu... sama nie wiedziałam czego. Na pewno czegoś interesującego, na czym można by na ten wieczór skupić uwagę.
- A jeśli chodzi o to, co się działo... - po chwili basior ponownie się odezwał, zwracając tym moją uwagę z powrotem na sobie. - Chyba nic niezwykłego. Kilka podpitych typa, niezobowiązujące rozmowy o pogodzie... Norma w tym miejscu.
- Och, naprawdę nic ciekawego się nie stało? - wygięłam pysk w podkówkę, zrobiłam maślane oczy. Niby skupiałam uwagę na basiorze, jednak w rzeczywistości moje spojrzenie, a także strzygące uszy, skierowane były w kierunku wyjątkowo ciekawie wyglądającej wadery, która właśnie się zbliżała do baru...
Nie czekając na odpowiedź Willy'ego, odwróciłam się na stołku barowym tak, by znaleźć się pyskiem zwróconą w kierunku nowo przybyłej. Uśmiechnęłam się do niej promiennie, puszczając jej oczko. Nie znała mnie, nie było mowy, bym ją wcześniej spotkała. Mimo to nie zachowała się tak, jak większość wilków w podobnej sytuacji. Nie spuściła wzroku, nie spojrzała na mnie jak na wariatkę... Odpowiedziała uśmiechem.
- Na przykład ona... Nie jest interesująca? - swoje wypowiedziane niskim, powabnym tonem słowa skierowałam do barmana, choć natarczywe spojrzenie moich złotych oczu cały czas spoczywało na waderze. Zaimponowało mi to, że w ogóle nie wydawała się tym moim wpatrywaniem się w nią speszona. Wręcz przeciwnie, zachowywała się cały czas całkiem naturalnie. Tylko jej czerwone oczy od czasu do czasu spotykały moje, złote... Intrygowała mnie.
- Dopiero tu weszła, Saito - zaśmiał się basior, stawiając przede mną kolejny, napełniony piwem kufel, a zabierając ten, który w międzyczasie opróżniłam. Drugi postawił przed waderą.
- Cóż, dobrze, że akurat teraz... - mruknęłam, przesuwając ogon tak, by "przypadkiem" dotknął boku nowo przybyłej. - Może będę teraz miała jakiś konkretny powód, by zostać tu dłużej - uśmiechnęłam się do wadery promiennie.

<Calypso?>

Słowa: 701 = 40 KŁ

środa, 10 czerwca 2020

Od Saity do Elijasa

Każde społeczeństwo, choćby to określane mianem najbardziej cywilizowanego czy światłego, było zawsze wspaniale nietolerancyjne. A także zapatrzone w siebie, dążące do perfekcji kosztem podrzędnych elementów, które nic nie wnoszą do rozwoju ogółu. Zwyczajnie zadufane w sobie, unoszące się pychą i dzielące wilki, nie tylko na klasyczne "dobre i złe", jakby nie istniały odcienie szarości... Ba, jakby wierzyli, że w ogóle istnieje lub kiedykolwiek istniał ktoś całkowicie dobry czy całkowicie zły. Również pojawiali się "ci przykładni obywatele i zakały, niegodne możliwości życia w Królestwie". Taki margines społeczny, gówno robiący i w zasadzie to tylko szpecący krajobraz.
Zwykle nikt nie próbował nawet wychodzić poza schematy w takich kwestiach. Ktoś widział bezdomnego wilka, przy okazji nierzadko uzależnionego od alkoholu, który wszystko, co jakimś cudem udało mu się zarobić, przepijał... Nie próbował patrzeć dalej, głębiej, zastanowić się, dlaczego, co takiego się wydarzyło, że tak skończył, co teraz czuje, czy mu faktycznie obojętnie, co się z nim dzieje, czy może po prostu stracił już pomysł na dalsze życie, zbyt wiele razy próbował je naprawić, poskładać do kupy, a teraz już nie widzi sensu dalszego próbowania? Jest zwyczajnie zmęczony ciągłymi porażkami i w sumie to już przywykł do tego, że jego życie w żadnej części nie przypomina sielanki.
Nic nie jest czarne albo białe, a każdy wilk ma swoją historię... Podejrzewam, że tamten basior, zakatowany w jednej z bocznej uliczek Centrum również ją miał. Jak brzmiała? Prawdopodobnie umarła razem z nim. Wśród Polutii bardzo rzadko można spotkać się z sytuacją, gdzie ziomkowie znali całe historie wszystkich członków swojej grupki. Mogli słyszeć ich fragmenty, bardziej lub mniej udolnie złączyć je w całość. Do tego nie wszystko było prawdą, kolorowanie faktów było wśród tej części społeczeństwa całkiem powszechną techniką. A przynajmniej z takimi sytuacjami ja się spotykałam. Martwy członek Polutii znikał. Dosłownie i w przenośni. Często niewidzialny, zignorowany, zapomniany przez społeczeństwo... Smutne to wszystko było.
Czy byłam przy tym, gdy zaatakowany wydawał ostatni dech? Owszem. Czy widziałam napastnika? Nie na własne oczy. Jednak wilki gadały... Wystarczyło potrafić słuchać, by dowiedzieć się od nich naprawdę ciekawych rzeczy. Wydobyć informacje, które niekiedy można by określić nawet mianem "wagi państwowej". Słuchając odpowiednich wilków, w odpowiednim czasie, zadając odpowiednie pytania. Nieświadomi tego, że to robią, będą śpiewać jak na katorgach, przy przypalaniu rozżarzonym węglem. Może nawet myśląc, że są sprytni i w zmyślny sposób tak mącą, że udaje im się bez problemu zataić prawdę czy istotne dla siebie, swoich zleceniodawców bądź przełożonych, fakty. Cóż, nie ze mną te numery.
Więc tak, słyszałam krzyki atakowanego. Przechodziłam akurat niedaleko, a basior darł się tak przeraźliwie, że pewnie słychać go było po drugiej stronie rynku. Nie dostrzegłam jednak, by ktoś jakoś żywiej na to zareagował - krótkie spojrzenia rzucane znajomym, podsumowane wzruszeniem ramion, delikatne kręcenie głową - to wszystko można było dostrzec, jeśli dobrze się obserwowało. Choć na pierwszy rzut oka oblegające tłumnie Rynek wilki w ogóle nie zwracały uwagi na mrożące krew w żyłach wrzaski. Tylko jeden z nich, z całego tłumu, zdawał się zaniepokojony... Nie poświęciłam mu jednak jeszcze wtedy zbyt wiele uwagi. Chciałam najpierw dowiedzieć się, co się stało.
Przesmykując się zgrabnie przez tłum, nie potrącając nikogo, nie zmuszając do zmiany kierunku marszu i nie zwracając na siebie dzięki temu uwagi, lawirowałam między wilkami w tłumie, chcąc dotrzeć niepostrzeżenie do miejsca, z którego, jak mi się zdawało, docierały wrzaski. Widziałam gdzieś pod drodze kątem oka jakiegoś wątpliwej reputacji wilka, cuchnącego wódą i zataczającego się lekko, gdy biegł, potykając się i co chwilę wpadając na mijane wilki. Zanotowałam w pamięci jego wygląd, charakterystyczny chód, tę nerwowość, którą emanował... choć to mogło być związane tylko ze sceną, która być może odegrała się właśnie na jego oczach. Musiałam mieć to na uwadze, gdyby okazało się później przydatne.
Kontynuowałam mój trucht do celu, który sobie obrałam.
Dotarłam na miejsce, gdy basior, który musiał wydawać z siebie te niewilcze wrzaski, jeszcze oddychał. Było z nim jednak na tyle źle, że wiedziałam, iż taki stan rzeczy nie potrwa długo. Krwawił obficie, jego oddech był ciężki, składał się z gwałtownych, bardzo płytkich wdechów i szybkich wydechów. Patrzył nieprzytomnymi oczami gdzieś w przestrzeń, w tłum, jakby szukając tego, kto mu to zrobił. Widziałam, jak mimo jego krytycznego stanu, w jego oczach, przebijając się przez mgiełkę zamroczenia alkoholem lub innymi środkami, przebija wściekłość. Chęć zemsty. Być może pewien żal. Orał pazurami ziemię, gdy się zbliżałam, ciągle kryta przez przepływające tędy mrowie wilków. Nikt nawet nie zwolnił przy konającym, sporadycznie ktoś rzucił mu spojrzenie bez wyrazu, nieprzejawiające żadnych emocji... A basior cierpiał.
Gdy zatrzymałam się przy ścianie, która z jednej strony wytyczała granicę tej wąskiej, bocznej uliczki, było już wiadome, że basior długo nie pociągnie. Może gdyby ktoś zainterweniował w czasie ataku, albo zaraz po tym, jak napastnik zwiał, zatamował krwotok z rozszarpanego boku, wilk miałby szansę na przeżycie. Ja przybyłam za późno, żeby mu pomóc, stracił już zbyt wiele krwi, by dało się go uratować bez profesjonalnego sprzętu medycznego. Ja go nie posiadałam. Oczywiście, tak, można by pomyśleć - wymówki. Może w pewien sposób. Jednak ja jakkolwiek zareagowałam, w przeciwieństwie do reszty. Wilk z marginesu społecznego nie zasługuje przecież na uwagę wilków wyższego stanu. W sumie - z czym ja w ogóle miałam problem.
Ano, z tą znieczulicą. Tak tak, nie byłam wzorem cnót wszelakich, z resztą już to mówiłam. Mogłam rzucić się natychmiast do pomocy. Mogłam, mogłam, mogłam... Nie zachowałam się może zgodnie z kodeksem moralnym typowego wilka - trzeba nieść pomoc potrzebującym. Nie uratowałam go od śmierci. Nie wszyscy są bohaterami. Ale zareagowałam. A reakcja, jakakolwiek, na dane wydarzenie, jest lepsza od znieczulicy, która zdaje się dominować w społeczeństwie, jeśli cierpiący wilk nie jest w stanie mu niczego zapewnić. Bezinteresowność tutaj ginęła.
To było przykre.
Gdy tak stałam pod ścianą i rozmyślałam, spojrzenia moje i konającego się spotkały. Dostrzegłam w jego mętniejących tęczówkach niewyobrażalny ból, strach... i żal. Nie wiedziałam, z czego się wywodził. Czego wilk nie zrobił, za co teraz, tak bliski śmierci, pluł sobie w brodę? Czy chodziło o to, jakie życie wiódł? Prawdopodobnie bezdomnego pijaka, szlajającego się od meliny do meliny, byleby upić się i mieć spokój... Dlaczego tak żył? Czy to był jego wybór, tak wyszło, a może innego życia po prostu nie znał? Jaką historię skrywał, czy faktycznie był tylko zakałą społeczeństwa...? Jak wspominałam, tego się już nie wiemy. Nie da się poskładać czyjejś historii ze zlepków zlepek zasłyszanych przez kogoś opowieści. Chociaż bardzo bym chciała, by było to możliwe, zwyczajnie zbyt wiele jest momentów, w których można jakiś fakt przekłamać...
Basior umierał. Ja tkwiłam pod ścianą, utrzymując z nim kontakt wzrokowy, starając się przekazać mu moją postawą, że jestem przy nim, zostanę z nim do końca, nawet jeśli nie mogę potrzymać go za łapę i wesprzeć fizycznym dotykiem (mimo wszystko otaczała go cała masa krwi, a ja go nie znałam). Wszystkie emocje, niewypowiedziane słowa otuchy, chciałam jednak przekazać mu spojrzeniem, ciepłym, spokojnym, pokrzepiającym. Tyle mogłam dla niego zrobić.
Oddał swój ostatni dech, wciąż patrząc mi w oczy, jakby miał nadzieję, że pozwolą mu one zostać wśród żywych, staną się dla niego kotwicą, która utrzyma go w życiu doczesnym jeszcze choć chwilę dłużej... Niestety
Wycofałam się. Ruszyłam ponownie wraz z tłumem, odruchowo, całkiem naturalnie klucząc między wilkami, jednocześnie nie oddalając się za daleko od trupa. Kluczyłam i słuchałam.
Choćby nie wiem jak przechodnie chcieli udawać, że nic się nie stało, a trup menela spod monopolowego nie robi na nich wrażenia i w zasadzie gówno ich on obchodzi... Natura wilcza była górą. Nikt nie mógł się powstrzymać od szepnięcia znajomemu słówka na temat tego, co znalazło się przed ich oczami. A ja słuchałam. I wyciągałam wnioski.
Usłyszałam kilka różnych wersji tego, co się stało, każda relacjonowana przez naocznego świadka, ale można się było tego spodziewać, bo to raczej naturalne zachowanie. Większość podświadomie chce być w centrum uwagi, szczególnie, gdy na co dzień niczym szczególnym się nie wyróżniają. Taka już wilcza próżność. Doszły mnie również słuchy o tym, kim nieboszczyk był, choć również wyciągnęłam z opowieści kilka różnych wersji. Wszystkie te informacje były tak bardzo grubymi nićmi szyte i tak bez większej logiki pomieszane... Że pozostało mi uznać je po prostu za bezładną masę, bełkot setek gardeł, które chciały się pochwalić jakąś wiedzą (raczej oczerniającą) na temat nieboszczka. Szkoda, że nie wzbudzał takiego zainteresowania, gdy konał. Być może jeszcze by wtedy żył i mógł nam sam ustosunkować się do wszystkich tych z czapy wziętych historii, które usłyszałam wtedy na placu.
To również było cholernie smutne. Robić z czyjejś śmierci, do tego ewidentnie z udziałem osób trzecich, jarmarczną atrakcję... Jeśli to nie było podłe to nie wiem, co w takim razie można tym mianem określić.
Pewnie zastanawiacie się, dlaczego zajęłam się zbieraniem informacji o jego śmierci. Podejrzewacie, że wzruszył mnie jego los i postanowiłam go pomścić, znaleźć mordercę... No, nie bardzo. Nie do końca. Zbieranie informacji to był odruch, robiłam to z taką naturalnością, z jaką przychodziło mi oddychanie. Gdy coś się działo, musiałam wiedzieć jak najwięcej. Nigdy nie wiadomo, do czego może mi się to w przyszłości przydać. Owszem, czułam rozregulowanie, może lekką irytację, że nikt, dosłownie nikt nie przejął się losem tego basiora. Że po prostu tak sobie umarł, sam, nie wiadomo dlaczego, czym zawinił, by tak skończyć. Kurwa, nikomu nawet nie przyszło do głowy, żeby pomyśleć, że przecież ktoś go zabił, rozszarpał wręcz mu cały bok. Co przeszkadzało więc napastnikowi zaatakować któregoś z nich tych lepszych przedstawicieli społeczeństwa.
Wszyscy oni byli albo głupi, albo łatwowierni, albo... Kurwa, sama nie wiedziałam, co. Tyle tylko, że z każdą chwilą robił się z tego coraz mniej zabawny żart.
Także zrobiłam wtedy to, w czym byłam dobra. Zebrałam informacje. Dowiedziałam się o tej sytuacji wszystkiego, co zdołałam. Jednak była ona tak nietypowa, a informacje tak chaotyczne, że po raz pierwszy od bardzo dawna miałam problem z poukładaniem ich w logiczną całość. Potrzebowałam jakiegoś ukierunkowania... Z drugiej strony, nie miałam zbytnio powodu, by to robić. Nie byłam altruistką, a już na pewno nie zamierzałam mścić się za kogoś, kogo nawet nie znałam. Mogłam trochę pomyśleć nad jego parszywym losem, nawet mu współczuć... Ale nic więcej. Wbrew pozorom aż tak nie różniłam się od innych wilków z tłumu. Być może jedyna różnica między nami polegała na tym, że wiedziałam, że postępuję niekoniecznie dobrze, a jedynie miałam to gdzieś. Oni prawdopodobnie nie wiedzieli nawet tego, że zachowują się jak fiuty. Ale cóż począć? Nikt nie jest idealny.
Dowiedziałam się wszystkiego, co mogłam, tłum zaczął się przerzedzać, a ja nabrałam ochoty na powrót do domu. Albo wbicie do jakiejś knajpy, choć jeśli zabójca tego biedaka nadal kręcił się w okolicy, nie mogłam mieć gwarancji, że gdy zabaluję w karczmie, nie skończę podobnie... Wybrawszy więc tym razem, o dziwo, bezpieczniejszą dla mnie wersję spokojnego powrotu do domu i przespania się porządnie po raz pierwszy od kilku dni, miałam już ruszać w odpowiednim kierunku, by jak najszybciej dotrzeć do celu.
Wtedy jednak moim oczom ukazał się basior, podejrzewałam, że rasy Aeskeron, zważywszy na brak sierści na jego ciele. Zwrócił on moją uwagę, bo... podszedł do trupa. Który nadal spoczywał na środku ulicy, chyba już zapomniany przez innych. Nikt nawet nie pofatygował się, by go odsunąć z drogi. Po prostu go omijali lub przechodzili nad nim... A ten basior podszedł do niego. Zatrzymał się. Patrzył. Wyglądał na przejętego.
A ja go skądś kojarzyłam. Chwilę zajęło mi zdanie sobie sprawy z tego, skąd... Ale całkiem szybko mnie olśniło.
To on wcześniej, gdy jeszcze nie dotarłam do miejsca zbrodni, a jedynie słyszałam dochodzące stąd wrzaski, także wydawał się zaniepokojony. Jedyny z całego tłumu zareagował jakoś na cierpiętnicze wrzaski... A teraz był tutaj.
Uśmiechnęłam się krzywo, rezygnując jednak z wcześniej przyjętego pomysłu. W sumie... A co mi tam. Skoro chyba znalazł się mściciel, gotowy za wszelką cenę znaleźć mordercę... Ach, no tak. Skąd to wiedziałam? Nie wiedziałam. Podejrzewałam. Jego zacięta mina i zimne spojrzenie sporo mówiły. Gdybym miała obstawiać, założyłabym, że właśnie obmyśla w głowie plan jakiejś zemsty czy odwetu za śmierć tego bezdomnego.
Że obstawiałam dobrze, przyszło mi się przekonać później... Ale nie wyprzedzajmy faktów.
Zaintrygowana tym, że ten Aeskeron zwrócił uwagę na trupa, mimo że przecież nie był to nikt istotny, zatrzymałam się w pół kroku, rezygnując jednak z powrotu do domu. Dostrzegłam za to dla siebie całkiem niczego sobie okazję do zażycia odrobiny rozrywki... Którą natychmiast postanowiłam wykorzystać.
- Może pomóc? - zapytałam, wcześniej cicho, bezszelestnie, zachodząc żywego basiora od tyłu, by w ostatniej chwili wyłonić mu się zza pleców. Zareagował tak, jak się spodziewałam: zaskoczony wzdrygnął się lekko, ale spojrzał na mnie.
Przywołałam na pysk swój najbardziej głupiutki i rozbrajający uśmiech, czekając na reakcję.

<Elijas?>

Słowa: 2063 = 148 KŁ
Layout by Netka Sidereum Graphics