Pokazywanie postów oznaczonych etykietą NBPros. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą NBPros. Pokaż wszystkie posty

piątek, 31 marca 2023

Od Rosa - Nim bezdzień przeminie, cz. III

W mieszkaniu garbarza unosił się charakterystyczny, intensywny zapach skór i środków służących do ich bezpiecznego zachowywania, którymi przez upływ czasu zdawało się przeniknąć całe wyposażenie tego miejsca. Zapach na tyle intensywny, że Vay czuł go nawet przez całkowicie odłączony od użyteczności nos, a była to pierwsza rzecz którą poczuł tym zmysłem od paru tygodni. 

Budynek był w całości wykonany z kamienia, jednak wewnątrz było przyjemnie ciepło za sprawą rozpalonego kominka na jednej ze ścian. Całe pomieszczenie było spore i zaskakująco dobrze oświetlone, choć porozwieszane było wyłącznie parę pochodni, a prócz nich i licznych półek zapchanych przez szklane naczynia i pojemniki, ściany zdobiły również wieszaki, z których zwisały narzędzia, w tym białe struktury, wydające się być w pojedynczym oku wielkimi żebrami. Podłoga również była z kamienia i nie leżał na niej żaden dywan, jakby właściciel obawiał się, że w miejscu jego pracy podobna ozdoba nie wytrzymałaby zbyt długo. Zresztą to wcale nie było dziwne. Patrząc na ilość skór wywieszonych na specjalnym stole i stojakach, a także po szczelnie zamkniętych beczkach umiejscowionych pod przeciwległą od wejścia ścianą, łatwo można było się domyślić że to zajęcie nie było najczystszym z możliwych. 
Pośród tych wszystkich futer, szali, narzut i płaszczy okazały się być jeszcze jedne drzwi, o czym Vay przekonał się w momencie, w którym te zaskrzypiały, a po chwili basiorom objawił się starszawy Malisabis. Wilk zaskakująco wysoki jak na swoją rasę – prawdopodobnie zmieszany z jakimś Merith, jego sierść była jednak jednolicie beżowa, z charakterystycznymi ciemniejszymi odmianami na uszach i łapach oraz siwizną przypruszającą pysk i okolice oczu. Wyraz twarzy wilka wskazywał na zaskoczenie, które nabrało pozytywnego kształtu, gdy ciemne oczy wyłapały postać wesoło uśmiechniętego Arcykapłana.
– Błogosławionego dnia, Arcykapłanie! – przywitał się gospodarz, a jego wzrok od razu przeskoczył na młodego Lerdisa, który już prawie zdążył się wycofać za znajomego sobie Meritha.
– Błogosławionego dnia i tobie, panie Lothain – Erwin ukłonił się z grzecznością, nie zwracając uwagi na zachowanie młodzieńca. Przynajmniej przez chwilę, bo zaraz potem odsunął się na bok, odsłaniając zdezorientowanego szczeniaka – Vay, co robisz? Powiedz “dzień dobry” i przedstaw się. Ile ty masz lat? 
Głos basiora nie był zły, a jednak jasno wskazywał na to, że młodzieniec nie zachowuje się poprawnie. Schowany pod grubym futrem szczeniak przełknął ślinę. Z jakiegoś powodu nie chciał się pokazywać, ale jego dusza wojownika szeptała do ucha, że znowu się ośmiesza. Nie lubił się ośmieszać. Wstał, zdjął kaptur i stanął dumnie (no, może nadal lekko skwaszony) obok Arcykapłana, który wciąż uśmiechał się z boską wręcz łagodnością. 
– Przepraszam. Moje imię to Vay, pochodzę z rodu Sineoriginis. Moi rodzice zginęli w…
Fioletowooki szturchnął go bokiem.
– Już, wystarczy.
Jednak Lothain nie wydawał się być urażony ani pierwszym wrażeniem, ani drugim wrażeniem zaprezentowanymi przez Lerdisa.
– To w porządku. Moja godność to Lothain z rodu Carodoc. Miło mi cię poznać – Malisabis skinął głową na powitanie – Zapraszam panów do środka, zaraz poproszę małżonkę o zaparzenie herbaty i porozmawiamy.
Gospodarz zaginął za drzwiami którymi uprzednio wszedł, a goście podążyli za nim w milczeniu. Vay jednak wciąż był skonsternowany manierami na powierzchni. W jego stronach wilki zazwyczaj się na siebie rzucały – albo w uścisku radości, albo w tym ostatnim, po którym następowała nagła dekapitacja; nie wspominając już o ujawnianiu swojego nazwiska przy pierwszym spotkaniu, bo to tylko prosiło się o atak na bliskich. Na ukłony i szacunki także zasługiwało parę wilków, ale na pewno nie jednookie sieroty. Nie rozumiał tej przesadnej grzeczności, podążał jednak za poleceniami kapłana jak cielę prowadzone przez matkę, zakładając bezmyślnie, że ta nie wepchnie go do paszczy drapieżnika. A mogłaby. Chyba. Vay wiedziałby więcej o matkach, gdyby kiedykolwiek jakąś miał.
– Proszę, siadajcie.
Garbarz wskazał na nieduży, okrągły stolik znajdujący się w pokoju przylegającym ścianą do tego poprzedniego, a sam odszedł w stronę schodów znajdujących się na rogu, by zaraz zniknąć pod linią drewnianej podłogi.
Tutaj także była masa gotowych futer, jednak w odróżnieniu, można było je znaleźć zarówno na ścianie, jak i na podłodze, a co cieńsze i mniejsze fragmenty znalazły dla  siebie miejsce nawet na stole czy półkach. Vayowi to miejsce przypominało grotę, ale bardzo przytulną i ciepłą grotę. Ze względu na ilość sierści, ognia nie mogło być tu wiele, więc w zamian, z sufitu zwisał żyrandol wysadzony magicznymi kamieniami, na którym pojedyncze białe oko zatrzymało się na dłużej. Zaraz jednak stracił i nim zainteresowanie, a spojrzenie przesunęło się w miejsce, w którym zniknął beżowy Malisabis. Na dole pewnie była kuchnia i sypialnia. Przez myśli wilczka przechodziły przypadkowe uwagi co do życia ogólnie. Na przykład to, że sam spał kilka razy w podobnych domach, ale nie lubił tego. Czuł się za bardzo wyeksponowany bez zgrai towarzyszy z którymi spał we wspólnej komnacie, nawet jeśli czasem było gorąco, duszno i śmierdziało – tak podobało mu się dużo bardziej, niż gdy musiał siedzieć nocami sam na sam z Ivo. Potem jednak doszło do napadu na Verdisów… Też było późno, a on przecież był razem z watahą; też śmierdziało. Jakieś pięćdziesiąt wilków w jednym miejscu. Bezdzienni wpadli i urządzili sobie rzeźnię, zabijając i raniąc wszystkich, którzy brutalnie byli wyrywani ze snu i natychmiast stawiani przed wyborem – gryź albo zagryzą ciebie. Przynajmniej na początku to mogło tak wyglądać, bo w rzeczywistości nikt nie dostał tego wyboru. Wszyscy byli gryzieni lub zagryzani, ale po tylko jednej stronie. Nie miało znaczenia, czy byli we wspólnej komnacie, w magazynach, czy samotnie w gabinecie dowódcy. 
Gryzieni lub zagryzani.
– Wszystko w porządku?
Szczenię poderwało się, gdy poczuło szturchnięcie przy karku. Natychmiastowo zjeżyło się i kłapnęło zębami, wydając z siebie wysoki kwik. Otwierając oko szeroko jak lunatyk odchylił się w tył w bezwarunkowym odruchu. Wiedział, że zaraz drugi basior złapie za skórę i przygniecie całą swoją masą do ziemi, by wymierzyć mu karę, a Vay bardzo, bardzo tego nie lubił. 
Arcykapłan jednak szybko się odchylił w drugą stronę, a jego uszy powędrowały w górę razem z brwiami. Nie spodziewał się takiej reakcji, więc w pierwszej chwili był zaskoczony, jednak zaraz zrozumiał, że to on głupio postąpił. Zorientował się, że nie powinien zaczepiać w ten sposób szczeniaka z głową pokrytą otwartymi ranami, z których wciąż sączyła się gęsta ropa wspomnień.
– Przepraszam. Nie chciałem cię straszyć – powiedział szybko, na powrót się prostując, a jego mimika wyrażała zakłopotanie. 
Mina szczeniaka zaś sugerowała, że basior powinien się odpierdolić i najlepiej odpierdolić szybko i daleko stąd. Przynajmniej przez chwilę. Poszarpane uszy, do tej pory sztywno położone po karku nieco się rozjechały na boki, spojrzenie srebrnej tęczówki na powrót zmiękło, a niebieski język wylądował na opatrzonym przez medyków nosie. Chwilę mu zajęło powrócenie do poprzedniej pozycji, jednak oko nie spoczęło więcej na Arcykapłanie, a uszy nie wyprostowały się do swojej typowej pozycji. Wyglądał, jakby nigdy nie wrócił do rzeczywistości, a poprzednia reakcja wynikała wyłącznie z nawyku. Erwin nie mógł jednak spuścić z niego wzroku, zahipnotyzowany. Aż nie westchnął. Sam nie wiedział czemu. Nie powinien tak się przejmować, a jednak poczuł ukłucie gdzieś w głębi serca. Dziecko z podziemi w jego oczach stało się nagle tylko dzieckiem, choć nieco skrzywionym… a może skrzywdzonym.
W końcu Lothain wrócił na parter z czterema kubkami herbaty, a za nim przyszła jego partnerka. Merith musiał ściągnąć swój wzrok przyklejony do szczenięcia i poświęcić go waderze, która nie zamierzała ukrywać, że jest zachwycona widokiem Arcykapłana w jej mieszkaniu. Uśmiech na jej postarzałym pysku kwitł jak kwiatek z młodziutkiego pączka, a przed jej nosem sunęła taca ze świeżymi ciastkami. Biały basior oczywiście od razu odwzajemnił uśmiech, zaś Vay wbił nieco zamroczony wzrok w parę. Gdy jednak ci skończyli wymieniać uprzejmości z Arcykapłanem, młody również wyprostował się i patrząc waderze w oczy, lekko pochylił głowę.
– Vay z rodu Sineoriginis. Miło mi Panią poznać.
Zupełnie jakby nie był sobą, a może właśnie był sobą aż za bardzo. Wadera, Agropius o kolorze futra w jasnych i ciemnych odcieniach niebieskiego, również kulturalnie mu skinęła, mrużąc przyjaźnie zielonkawe oczy oddzielone od świata za parą okularków.
– Eipura z rodu Carodoc. Mi także jest bardzo miło cię poznać, Vay. Wiele o tobie słyszałam.
Wilczek na chwilę zamarł, nim rzucił kątem oka na siedzącego u jego boku Arcykapłana. Zaczął się intensywnie zastanawiać co Eipura mogła usłyszeć i dlaczego. To spojrzenie nie było jednak szczególnie dyskretne, więc atmosfera zmieniła się w coś między napięciem, a rozbawieniem. Bardzo dziwny rodzaj atmosfery, jakby ktoś próbował zawiadomić o radosnej nowinie, która wcale nie musi okazywać się równie radosna dla obu stron. Na ratunek przybył jednak zupełnie nieporuszony Erwin. Uśmiechnął się pogodnie i podniósł filiżankę do pyska całkiem zrelaksowany.
– W rzeczywistości to było tylko parę rzeczy. Sam nie znam zbyt dobrze Vaya, spędziłem z nim zaledwie kilka godzin, a to o wiele za mało, aby móc kogoś ocenić. Szczególnie mając na wzgląd jego przejścia, wiele też nie pamięta ze swojej przeszłości.
– Ah tak, oczywiście, oczywiście – naprostowała szybko wilczyca, wciąż wpatrując się z zauroczeniem w basiora. Dla odmiany Lothain spoglądał na szczeniaka, a jednooki nie wiedział gdzie powinien patrzeć. Wciąż nie wiedział dlaczego miałby podlegać tematom rozmów, ani dlaczego został przyprowadzony w to miejsce. Miał ochotę wrócić do szpitala. Lekarze przynajmniej mu o wszystkim mówili, nawet jeśli nie pytał. Ivo też mu zawsze wszystko mówił wprost. 
– Tak czy inaczej, proszę, czuj się tu swobodnie, Vay. 
Młodzieniec zastrzygł uchem, a za nim poszedł wzrok. Patrząc tak na waderę, przypominał kopniętego szczeniaka. Wszyscy nagle odnieśli wrażenie, że to spotkanie miało potoczyć się inaczej – w szczególności troje dorosłych, którzy ewidentnie mieli problem z dojściem do sedna sprawy. Nie doszli. Lothain odchrząknął.
– Może chciałbyś dowiedzieć się czegoś o mojej pracy?
Jednooki zamrugał.
– O wyprawianiu skór?
– Mhm.
– Tak, bardzo… bardzo chętnie… – szczenię kontrolnie spojrzało na Erwina, który zachęcająco pokiwał głową, chcąc niewerbalnie go wesprzeć.
Tymczasem Maisabis odszedł od stołu i skierował się do pierwszego pokoju, który poznali wchodząc do budynku. To tu było najwięcej narzędzi, które mogły wskazywać na fach starego basiora, i które od samego początku zaintrygowały Vaya. Młodzieniec z ciekawością podszedł do zawieszonych na ścianie długich, zaostrzonych na jednej krawędzi kości.
– Czy to żebro? – zapytał odważnie, zwracając łebek na basiora, który już zdejmował wyprawione materiały z jednego ze stołów i odkładał na kolejny. Słysząc jednak cienki, lekko ochrypnięty głos zareagował niemal natychmiast.
– Tak, ze specjalnej, mięsnej odmiany renifera. Można nimi łatwo ściągać wszystkie miękkie tkanki spod skóry.
Beżowy wilk odsunął jeden ze stojaków i kiwnął głową, żeby jednooki podszedł bliżej i się przyjrzał. Przed nimi stał kolejny stojak, a raczej pionowo stojąca drewniana rama z haczykami na linkach skierowanymi do wewnątrz. Zaczepiona na nich była nieduża sarnia skóra pokryta białym osadem.
– Widzisz? Ta już jest czysta – starzec pogładził łapą kawał ciała, który kiedyś stanowił dla jakiejś istoty zewnętrzną okrywę. Wbrew temu co powiedział, pod jego dotykiem biała skorupa zaczynała się kruszyć – Musi się rozciągnąć, a sól wydobędzie wilgoć. Potem trzeba będzie nasmarować tym.
Wilczek słuchał każdego zdania, chłonąc pobieżnie przekazywane mu informacje jak gąbka. Choć na początku nie czuł się szczególnie zobowiązany do zapamiętywania czegokolwiek, po pewnym czasie zaczął traktować te ćwiczenia niemal jak misję – za cel postawił sobie dowiedzieć się jak najwięcej, a potem powiedzieć o tym wszystkim Erwinowi. Chciał go zaskoczyć i zobaczyć jego reakcję, usłyszeć słowa aprobaty.

I choć wewnątrz siebie spodziewał się tego, co miało nadejść, nigdy nie zdołał się do tego przygotować. Kończył opowiadać o żebrach, a kapłan, który do tej pory słuchał z zaciekawieniem, w końcu podjął rozmowę.
– Chyba ci się spodobało garbarstwo, skoro tak dużo pamiętasz.
– Możliwe – rzucił młodzieniec, zerkając czujnie na starszego, szukając jakichś oznak zadowolenia. Tym bardziej kolejne zdanie było ciosem. Punktem bez odwrotu.
– Myślę, że byłoby ci tu dobrze. A ty jak myślisz?
Głos Erwina był tak ciepły, jak odcień nieba, które widniało przed ich nosami, gdy wracali do szpitala. Jak pomarańczowo-różowe, wieczorne kolory, przy których aura rannego Rosa, jakby na przekór dla dobrych zamiarów Meritha, drastycznie pociemniała. Niemalże sam odczuł gruby cierń, który wrzynał się w resztki tej niepewnej, szczenięcej stabilności. Cierń złożony z całego narostu stresu, obaw, który przebił duszę Vaya gdzieś w połowie całej tej pewności siebie i bezsilności, które mu towarzyszyły, i z którymi próbował przetrwać realia życia na powierzchni. Arcykapłan jednak nie chciał patrzeć w taki obrazek. Wiedział, że nie zobaczyłby tam niczego poza niewypowiedzianym “i ty też mnie zostawisz?”, więc wygodnie nie patrzył.
– A oni w ogóle mnie chcą?
– Co?
Pytanie i bezduszny ton z jakimi to pytanie padło uderzyły Erwina z podobnym impetem, z jakim sam zadał cios jednookiemu zaledwie chwilę wcześniej.
– Co mam im do zaoferowania w zamian? Wyżywienie, miejsce do spania, bezpieczeństwo - to wszystko kosztuje, prawda? Zwykłe wyrabianie futer wystarczy?
– Vay… Tak, to wystarczy, naprawdę.
Młodzieniec wpatrywał się przez chwilę w fiołkowe oczy, po czym odpuścił.
– To jest starsza para, która nie ma nikogo innego. Twoja obecność i praca będą wystarczającą zapłatą, uwierz mi na słowo. 
Jednooki nie chciał dyskutować, albo raczej chciałby, ale nie potrafił. Nie miał słów, by się sprzeciwić, więc po prostu odrzucił to wszystko w niebyt. Podpiął pod zakładkę o nazwie “zło konieczne” i znów się poddał. 

Słowa: 2108 = 151 KŁ

niedziela, 4 grudnia 2022

Od Rosa - Nim bezdzień przeminie, cz. II

W tamtym czasie Vay był wyraźnie niższy, jednak wszyscy obecni wiedzieli, że kiedyś może dorównać wzrostem arcykapłanowi Królestwa. Miał w końcu długie łapy i szyję, przypominając wręcz jakiegoś nieparzystokopytnego futrzaka – a konkretniej lalikrona, które słynęły z tego, że były duże. Jednak wtedy nie myślał o tym, a raczej miał to głęboko w nosie. Miał przekonać się, że nie mylił się gdy przypuszczał już na samym początku, że jego goście byli wyższej rangi niż zwyczajni mieszkańcy z którymi miał do czynienia w poprzednim życiu. Nie tylko z powodu ich zachowania i drogich prezentów, czy zainteresowania pozostałych wilków, chociaż wtedy ich stan już był bardziej oczywisty niż to, że niebo było niebieskie. Dowiedział się tego od samych zainteresowanych… a konkretniej, to biały basior cały czas mówił. 

Okazało się, że dzień po najeździe Bezdziennych, Arcykapłan Erwin z rodu Melancholijnych Pustkowi wraz z Kapłanką Przewodnią Loaną z matki Inn, przechadzali się po slumsach i tam trafili na nieprzytomnego młodzieńca, dla którego wezwali pomoc. Zostawili go na parę dni, a teraz przybyli, żeby sprawdzić jak młody Lerdis się trzymał. 

I Vay był skłonny w to uwierzyć, ponieważ była to tylko bardzo skrócona wersja tego, co sam zdołał wydedukować, a także tego co przez cały czas kiełkowało w jego głowie w postaci kolejnych znaków zapytania. O Arcykapłanie słyszał już wielokrotnie, jednak szczególnie zapadły mu w pamięci to słowa Ivo “Erwin to dusigrosz i plotkara jakich mało. Wie wszystko, ale szmata nic nie zrobi za darmo!”, a jednak Merith wraz z milczącą Loaną pomogli mu… Idąc tym tropem, fioletowooki musiał wiedzieć o przejęciu Verdisów i skojarzyć, że co jak co, ale mali bandyci nie okaleczali w ten sposób przypadkowych podlotków. Innymi słowy, skąpy Arcykapłan najpierw celowo uratował wyrzutka po Verdisach, a potem dał mu najdroższą rzecz do jakiej Lerdis kiedykolwiek się w ogóle zbliżył. Dlaczego? Czy Merith wiedział coś na temat innych wyrzutków? Jaki miał plan? Jednak Erwin cały czas grał, a Vay nie mając innego pomysłu po prostu spełniał jego oczekiwania i cały czas tańczył do rytmu. 

Na początku było mu ciężko się poruszać, był wszak cały obolały, a nos odłączony od użyteczności, jednak ból nigdy nie był wrogiem tego szczeniaka. Wraz z każdym pokonanym metrem, młode ciało rozciągało się coraz bardziej, a mózg pracował szybciej, tak jak był do tego przyzwyczajony. Zawsze zaalarmowany i skupiony i ani dni letargu, ani niepełnosprawność nie wpłynęły na tak silnie zakorzenione przyzwyczajenia.


– I gdzie pójdziesz jak już wyjdziesz ze szpitala, Vay? – zagadnął Arcykapłan z tym swoim firmowym, delikatnym jak muśniecie kwietnego płatka uśmiechem, gdy skończył opowiadać o rosnących w okolicy drzewach.

Przechadzali się w ten sposób już dłuższą chwilę, kręcąc kółka po Centrum. Zakapturzony młodzieniec rzucił okiem na basiora, a następnie na snującą się obok waderę, która przez cały czas obserwowała. Zaskakująco szybko się przyzwyczaił do jej obecności. 

– Nie mam pojęcia – odparł szczerze – Nie znam dobrze tego miejsca.

– Pewnie nie jesteś stąd, prawda? – spytał starszy, na co otrzymał potwierdzenie w postaci szybkiego skinięcia głową przez podlotka – To w porządku, znajdziemy ci jakieś godne warunki. Mam już nawet pomysł. Posługujesz się telekinezą?

Kolejne potwierdzające kiwnięcie, ledwo widoczne spod za dużego kaptura..

– Znakomicie.


Jednak to nie był ten dzień, w którym Ros miał przekonać się w jaki sposób spędzi następne półtorej roku swojego życia. Spacer za to był miłą odmianą dla młodego wilka i pomimo nieufności względem Arcykapłana i jego milczącej towarzyszki, Lerdis nie mógł zaprzeczyć że ich prezent wywarł na nim zaskakująco silne wrażenie. Kim by nie byli, naprawdę ta dwójka uratowała jego życie i zdecydowała się mu pomóc, więc intensywnie zastanawiał się co dalej mógł z tym faktem zrobić…


Wiele następnych dni spędził w łóżku i obserwował zachowania wilków z zewnątrz dla zabicia nudy. Ich podejście do chorych, do starszych, do szczeniąt, do silniejszych i do słabszych. Obserwował reakcje i słuchał wymienianych zdań, porównując je do tego, co widział wśród gangsterów. Z jednej strony oba te środowiska nie różniły się między sobą aż tak, a z drugiej strony były od siebie skrajnie różne. W  tym otwartym świecie wszyscy byli jakoś tak bardziej… ekspresyjni, jakby nieograniczeni, co bardzo zaintrygowało młodego wilka. Wcale nie traktowali lekarzy z żadnym namaszczeniem, a przynajmniej nie wszyscy. Praktycznie każdy zdawał się stać na równi, oprócz tego jednego basiora… Tak więc gdy któregoś dnia na salę znów wszedł Arcykapłan Erwin z rodu Melancholijnych Pustkowi, Vay bez wahania podniósł się i przywitał się z tym dziwnym filantropem. Poruszał się już naturalniej, nieco bardziej przyzwyczajony do braku oka. Miał to wątpliwe szczęście, że stracił oko a nie łapy, chociaż gdyby ktoś zapytał go o zdanie, nie wahałby się wymienić nogi za utracony narząd.

– Błogosławionego dnia, Arcykapłanie – rzucił, pochylając głowę ku wilkowi wyższemu rangą. 

– Dzień dobry Vay. Niechaj wspaniała Lecaishi ma cię w swojej opiece – odparł większy basior z ciepłem, chociaż nieco zmarszczone brwi wskazywały na rozbawienie tak niespodziewanym patosem ze strony młodego mafiozy. Przez chwilę nawet zaczął się zastanawiać, czy Vay w ogóle znał znaczenie słów które opuściły jego pysk, ponieważ wystarczyło jedno spojrzenie białego oka gdy tylko wybrzmiało imię stwórczyni, by Erwin przekonał się, że to dziecko w życiu niewiele o bogach słyszało. Ten jednak odchrząknął lekko, na powrót się prostując, zupełnie nieprzejęty tym dziwnym pierdoleniem. Po prostu zapamiętał, że wcześniej inni wielokrotnie witali się w ten sposób z tym konkretnym basiorem, więc zrobił to samo. 

– Dobrze wyglądasz i samopoczucie chyba też już w lepszym stanie. Masz ochotę się przespacerować?

Przez chwilę błękitny wilk chciał skomentować ten rzekomo “dobry wygląd” za pomocą paru przykrych słów związanych z dziurą w jego głowie, jednak powstrzymał się i tylko odwrócił łeb z niezadowoleniem. Nie miał ochoty poruszać tego tematu, więc od razu złapał się następnego.

– Możemy iść. – i nie zwlekając, skierował się ze skonsternowaną miną ku wyjściu jako pierwszy.


Pogoda na zewnątrz była przyjemna, niezbyt chłodna i pozbawiona chmur. Ros już przymykał powieki, jednak nim wiszące wysoko słońce zdołało skrzywdzić srebrne oko swoim blaskiem, na głowie już wylądował mu potężny kaptur ograniczający widzenie. 

– Nie podoba ci się prezent? – zapytał Arcykapłan, wyrównując krok z wilczkiem.

Oboje przedarli się przez wrota szpitala, po czym Lalikron zrzucił kaptur z głowy nieco zbyt gwałtownie, przez co materiał zsunął się na bok. Mimo iż nie widział co dzieje się po jego lewej, automatycznie chciał złapać płaszcz zębami by uchronić go przed upadkiem na ziemię. W efekcie tylko nimi kłapnął, a całą sytuację znów uratował biały basior, narzucając płaszcz z powrotem na grzbiet młodzieńca. 

– Czekaj, pomogę ci – Arcykapłan zrobił dwa większe kroki i stanął przed niższym wilczkiem, po czym szybko chwycił telekinezą obie poły płaszcza i błyskawicznie zapiął go na szarawej piersi guzikiem przypominającym ozdobny kamień w kolorze spokojnego oceanu. Ignorując wiercący wzrok, Arcykapłan przechylił nieco głowę i poprawił odzienie na plecach, by lepiej leżało. 

– Dlaczego?

– Hm?

– Dlaczego pomagasz? 

Erwin zrobiwszy co miał zrobić, odsunął się i przefrunął fioletowymi ślepiami po pysku Rosa – tam gdzie było oko, i tam gdzie go nie było, jakby dobierał w głowie słowa.

– Jestem Arcykapłanem, to naturalne, że chcę pomagać wilkom w potrzebie. Jesteś w całkowicie nowej sytuacji, poza tym jesteś też bardzo młody, Vay – uśmiechnął się pogodnie i tym razem to on ruszył jako pierwszy, nadając ich podróży cel. Lerdis nie opierał się, pozwalając się prowadzić – Ponadto to ja odnalazłem cię rannego. Brońcie bogowie, oczywiście nie wymagam od ciebie niczego w zamian, po prostu… Chciałbym, aby ułożyło ci się w życiu. Każdy z nas ma potencjał do robienia dużych rzeczy, a w tobie widzę go naprawdę wiele.


Ros nie miał odwagi wyrównywać kroku z basiorem po usłyszeniu takich słów. Był zagubiony, kiedy wspomnienia z przeszłości mieszały się z tym, co przeżywał w tamtym momencie. Z jednej strony podobne słowa padające z ust całkowicie obcego wilka były nienaturalne, zaś z drugiej, gdy temat dotyczący wartości tego szczenięcia wypływał w towarzystwie Ivo lub innych wilków z gangu, jedyne słowa jakie wyryły się w pamięci Rosa nawiązywały do jego aparycji. 

Dlaczego cię uratowałem? Ponieważ wyglądałeś jak taki mały lisek”, 

Haha, przecież wiadomo, że szef trzyma go tak blisko siebie bo wygląda jak pluszak. Sam chciałbym taką maskotkę”, 

Ciekawe czy kopiesz tak samo mocno jak gryziesz, zwierzaku”.

Negatywnie lub pozytywnie ale to zawsze był jego wygląd; budowa, jego długie nogi, wielkie uszy, długa szyja. To zawsze musiały być te oczy. 

Czym więc było to, co Arcykapłan nazwał czymś więcej

Zacisnął boleśnie szczękę i podniósł nieco głowę, zdawszy sobie sprawę, że drugi basior cały czas do niego mówił, zarejestrował też nagle wszechobecny hałas. Zastrzygł lewym uchem, gdy mózg przypomniał sobie, że nie widzi co dzieje się z drugiej storny. Poczuł nagły niepokój, jakby coś z tamtej strony go omijało, więc wykonał szeroki łuk pyskiem by dodać sobie poczucia bezpieczeństwa. Nie zauważył kiedy dookoła zrobiło się tak tłoczno. Weszli na rynek… prawdopodobnie tak to się nazywało. Były stanowiska, były wilki, był chaos.

– … Myślę, że dogadacie się bez większych problemów i…

– Błogosławionego dnia, Arcykapłanie Erwinie! – zawołała jakaś staruszka, przerywając Merithowi – Czy jutro odbędzie się nabożeństwo w ofierze bogini Lecashi? Bo okazało się, że moja prawnusia jest brzemienna i koniecznie trzeba..!

Vay nagle wycofał się jeszcze bardziej, teraz stając już tuż przy zadzie dorosłego basiora. Pieprzona starucha zaszła go od prawej, a przecież tam miał cholerne oko! Dał się zaskoczyć w ten sposób! Stulił uszy i jeszcze bardziej zakrył się pod kapturem, czekając aż jego przewodnik skończy pogadankę i łaskawie wróci do ich spaceru. Poczuł lekkie oburzenie takim przebiegiem wydarzeń, podbite jeszcze bardziej przez dyskomfort spowodowany niepełnosprawnością. Obejrzał się za siebie, mierząc mniej więcej odległość od szpitala, jednak… Znów spojrzał na odwróconego tyłem Erwina, który wysłuchiwał cierpliwie co stara prukwa miała mu do powiedzenia i wiedział, że nie powinien odchodzić bez wyraźnego pozwolenia. Więc zawiedziony przycupnął niemal pod samym ogonem Arcykapłana i pochylił łeb, przypominając z wierzchu wieszak na przeogromny płaszcz. Przez pierwsze chwile jeszcze przeszło mu przez myśl, że rozmowa wilków może rzeczywiście dotyczyła jakiegoś istotnego tematu, jednak kiedy wsłuchał się w jej treść, już po minucie miał dość. Starucha na zmianę nawijała o swoich dolegliwościach i o swojej rodzinie, w międzyczasie zadając pytania, na które sama sobie odpowiadała, traktując pojedyncze wtrącenia i śmieszki Erwina za prawdziwą rozmowę. Nim w końcu Arcykapłan na powrót zdołał zawołać jego imię, młody basior zdołał wkurwić się z pięć razy, a do samego przedstawiciela bogów na ziemi podchodziły kolejne wilki i każdy musiał mu opowiedzieć coś od siebie, tak jakby to miało kogokolwiek obchodzić. Już dawno zdążył się ułożyć na brzuchu i oczekiwał.


– Vay? Usnąłeś tam?

Erwin ewidentnie się poruszył, co lalikron poznał po tym, że gruby, ciężki ogon ześlizgnął się z jego grzbietu. Teatralnie więc ziewnął i podniósł się na długie nogi, odchylając kaptur.

– Chyba tak – bąknął, przeciągając się – To była… długa rozmowa. O niczym.

Sivarius przechylił lekko głowę.

– Dlaczego nie przeszedłeś się po stanowiskach skoro tak się nudziłeś? Albo nie wróciłeś do szpitala? – spytał z zaskoczeniem, jednak w jego głosie nie było cienia wyrzutu. Samo zaskoczenie – Chociaż masz rację, w zasadzie to ja powinienem cię przeprosić, skoro to ja cię wyciągnąłem na zewnątrz.

Na delikatnym pysku srebrnookiego pojawiło się skrzywienie na samą myśl, że jest przepraszany. W zasadzie to pojawił się tam też prześwit rumieńców zażenowania, ponieważ nie potrafił odpowiedzieć na zadane pytania.

– Nie sądziłem, że można tak długo rozmawiać – bąknął wymijająco.

– Ciężko oczekiwać od innych, że będą cię słuchać, podczas kiedy ty nie słuchasz ich – odparł basior z przepraszającym uśmiechem – Ta starsza wadera, która podeszła jako pierwsza jest bardzo wierząca i rodzinna, jednak samotna… z pewnych względów.

Rzucił młodszemu spojrzenie, które tamten przejął i udawał że nie wyczuwa żadnego podtekstu. Wcale się nie dziwił, że była samotna i kapłan najwyraźniej również nie.

– Ale taki to już urok tego wieku. Wilki w twoim wieku jeszcze o tym nie myślą, a dla wilków w moim wieku jest już za późno – zaśmiał się dźwięcznie. 

Tym razem młody wilk rzeczywiście nie zrozumiał co Arcykapłan miał na myśli, a jednak nie czuł potrzeby aby pytać. Basior wyglądał jakby był w kwiecie wieku, a już tak bardzo ich od siebie odróżniał? Z drugiej strony, był Arcykapłanem… 

– Gdzie idziemy? – rzucił, spychając temat rozmowy na zupełnie inny tor.

– Hm? Mówiłem przecież, do garbarza. Nie słuchałeś?

Lalikron pochylił łeb i zmarszczył brwi. No tak, przecież był wtedy zajęty myśleniem o gangu… Przez chwilę mrowiło go aby zapytać Sivariusa czy w innych szpitalach nie pojawiły się większe ilości rannych lub czy straże nie znajdowały ciał, jednak ostatecznie powstrzymał się. To nie był pierwszy raz gdy miał ochotę dowiedzieć się czegoś o swoich poprzednich towarzyszach, jednak za każdym razem ta chęć znikała równie błyskawicznie, jak tylko się pojawiała. Prawda była taka, że jeśli ktoś przeżył to albo się ukrywał albo był zdrajcą. Jeśli ktoś przeżył i się ukrywał, to Ros i tak by go nie odnalazł. Jeśli ktoś przeżył jako zdrajca, tam też nie miałby czego szukać. Gdyby jednak chciał kogoś znaleźć… przez jego głowę nie przewijał się ani jeden wilczy pysk, za którym młodzieniec mógłby zatęsknić. 

Ivo? Ivo był martwy. Czasem nocami Vay widział jego bure futro brudne od krwi i piasku, wytrzeszczone, zamglone oczy, z których wypływały strużki krwi na skutek uderzenia w tył głowy. Wciskany w ziemię przez potężnego basiora Xynth jeszcze żył gdy wadera tej samej rasy co jej partner zdzierała mu skórę od potylicy w przód, kierując się do czoła, wyrywając zębami uszy, w końcu policzki i tak dalej, i tak dalej. Powoli, krwawo skórując łeb tego zmiksowanego verdisa niezdolnego do reakcji. Nie były to najstraszliwsze koszmary jakie Ros miewał w życiu, a raczej… prowokowały do przemyśleń. Najbardziej uciążliwa była jedna myśl – czy podczas całego tego bestialskiego aktu Ivo był już nieprzytomny i nie czuł bólu, czy to uderzenie spowodowało jedynie paraliż? 

– … Znów mnie nie słuchasz, prawda?

Lerdis został szturchnięty. Zadrżał, mrugając w zaskoczeniu.

– Nie – wypalił od razu zgodnie z prawdą, rozglądając się.

– Słuchaj, a zostaniesz wysłuchany – westchnął Arcykapłan, wyraźnie wyprzedzając towarzysza – Wysłuchany moja dupa – dodał wielokrotnie ciszej. 

Zaskoczony lalikron uniósł brwi aż pod niebo, jednak zaraz przyspieszył, by nie zostać w tyle.

– Co Arcykapłan powiedział? – spytał w konsternacji.

– Hm? – fiołkowe oczy zalśniły złośliwie, a jednak na pysku pojawił się wyłącznie łagodny uśmiech – Nic, nic, nuciłem sobie pod nosem. Zaraz będziemy u garbarza, chcę ci go przedstawić.


Słowa: 2313 = 161 KŁ

czwartek, 23 czerwca 2022

Od Rosa - Nim bezdzień przeminie, część I

Dzień najazdu Bezdziennych na Watahę Verdis.

Młody basior szarpnął sztywno łapami w marnej próbie wydostania się z zaspy - marzenie ściętej głowy. Tak jak go wywalili, tak cały czas leżał na boku, ciężko przy tym wentylując. Jak śmieć. Odpad. Nie był świadomy, kiedy jego ciało samoistnie napinało poszczególne mięśnie, a następnie zapominało je luzować. Było zdesperowane. Na zmianę podnosiło głowę i ją opuszczało; prostowało i podkurczało kończyny; wyginało grzbiet na każdą stronę. Bez skutku. Nie wiedział gdzie była góra, a gdzie dół. Błędnik szalał, fikał koziołki, rozbijał się, a jedynymi sygnałami jakie obity mózg dostawał, były impulsy bólu. Masa, masa wszechogarniającego bólu, wypływająca krwawymi smugami  z jego oka, nosa, pyska i wszystkich nowych dziur w ciele, stworzonych przez wilki z Watahy Bezdnia. 

Wataha Bezdnia…

Opuścił łeb, a raczej zawiesił go poziomo w przestrzeni. Trząsł się przeraźliwie, zupełnie tak, jakby czynność wymagała ogromnych pokładów energii… a może z zimna.

W końcu stracił energię. Poddał się. Upadł, zmęczony.

Wziął dwa gwałtowne wdechy, na zmianę zaciskając powieki i otwierając je do lunatycznego wytrzeszczu. Był tak strasznie wykończony, że krew mieszała się ze łzami. Miał wrażenie, że tym co wydycha była jego własna, ulatująca dusza.

Czy umrę? 

Mógłby krzyczeć i wołać o pomoc ale… ale wołać kogo? Czy ktoś pojawiłby się, gdyby tylko Ros dał radę otworzyć pysk i wyrzygać całą tę zalepiającą jego ciało krew? Gdyby wydał dźwięk? Czy zostałby uratowany?

Jednak nie poruszył się.

Dlaczego te mafijne kurwie miałyby go zostawić wśród wilków? Dlaczego mieliby mu dawać szansę na przeżycie? Pewnie leżał gdzieś w górach lub w lesie, opuszczony przez wszechświat, zdany na towarzystwo przeszywającego mrozu. Pierwszy raz tak prawdziwie czuł, że każdy następny haust powietrza jaki zaczerpnie mógłby być jego ostatnim, ponieważ nie było nikogo, kto byłby na tyle przychylny by mu pomóc. Został porzucony aż do szpiku kości. 

Już nie walczył, zbyt zmęczony…

Więc gdy następnego dnia otworzył oczy, bardzo długo zajęło mu dojście do siebie. Poważnie przemarznięty i obolały nie poruszył się przez całą noc ani o milimetr, leżąc tak niczym martwy. Sam nie był w stanie uwierzyć, że jednak przeżył. Po prostu nie wierzył. Więc najpierw leżał i płytko wentylował, powoli próbując otworzyć oczy i chociaż z tym prawym nie było większego problemu, tak lewe bolało go zupełnie jakby przebite prętem. Potem dopiero spróbował poruszyć kończynami, jednak… nic z tego. Musiał być martwy, a niewyraźny promyk słońca docierający gdzieś z góry tylko utwierdzał przyćmiony umysł w tym przekonaniu. Światło, ból i przeszywająca cisza.

Tak mogła wyglądać śmierć. 

.

.

.

– Tutaj leży, weźcie go proszę.

Zesztywniał niczym rażony piorunem, gdy nagle śnieg z jego łba został strząśnięty, a w miejscu w którym jeszcze przed chwilą były promienie, pojawiła się obca czarna plama. Pierwsza myśl? Przyszli mnie dobić. Chciał wstać i rzucić się na napastnika, żeby wyrwać mu trzewia z cielska, jednak przez noc utracił kontrolę nad połową ciała… więc tym, co był w stanie zrobić to szeroko otworzyć oczy i znów zacząć na zmianę przełykać ślinę, by pozbyć się zastanej w przewodzie pokarmowym posoki, oraz dziko warczeć w przestrzeń.

– Halo, dzień dobry! – krzyknął obcy basior, przebijając się przez zastały mózg Rosa, sprawiając mu nienazwane cierpienie. Szturchnął go nawet kilka razy w zesztywniałe ciało – Słyszysz co mówię? Co ci się stało?

Przerażony Lerdis nie odpowiedział. Nie rozumiał co się działo, ani tym bardziej nie był w stanie opowiedzieć co mu się stało. Skąd wzięły się te wilki i dlaczego tak dookoła niego tańczyły niczym opętane?!

– Bierzemy go na sanki. Del, ogrzewaj go i uważaj na zęby.


I jeszcze w tamtym momencie białooki był pewien, że ma do czynienia z wrogiem, tak samo jak przez całą drogę, kiedy medycy coś do siebie mamrotali. Jego ostały umysł nie mógł przezwyciężyć skutków ciężkiej nocy, tego bólu i zimna. Dopiero zdołał się uspokoić 

kiedy trafił na szpitalną salę i został poddany specjalistycznej opiece w mniej polowych warunkach niż sanie. Dostał łóżko, ogrzali go, obmyli z krwi, dali środki przeciwbólowe i opatrzyli. Wiedział jak działają szpitale, chociaż nigdy wcześniej w takowym nie był. Zaufał więc swojej intuicji, która oszołomiona przez atrakcje i leki podpowiedziała mu, że nie ma powodu do paniki. Czy czuł radość lub wdzięczność, że wbrew jego przekonaniom został uratowany? Raczej ulgę, przeplataną z napięciem związanym z ekstremalnie obcą sytuacją. Z drugiej strony, nie chciał uciekać. Może gdyby miał gdzie iść bardziej zależałoby mu na tym, żeby opuścić szpital, jednak przecież został wygnany z własnego domu, doskonale pamiętał. Więc po prostu posłusznie siedział i jedyne słowa jakie opuszczały jego pysk, to były proste odpowiedzi na proste pytania.

Jak się nazywasz i ile masz lat?

– … Vay. Rok… i pół.

Z rodu..?

– Sineoriginis.

Masz może rodzinę, którą moglibyśmy powiadomić, że trafiłeś do szpitala?

– Nie, już nie. 

Pamiętasz co ci się stało? Dlaczego spałeś w rowie na obrzeżach Centrum?

– Były czarne wilki, gdzieś… i gwiazdy… potem nic nie pamiętam. 

Kłamał jak z nut, krzywiąc się i zaciskając powieki w cierpieniach. Nie był w stanie przedstawić swojej prawdziwej tożsamości wśród takiej ilości głupich, nieświadomych wilków, poza tym nie miał pojęcia co się z nim stanie, więc po prostu łgał, nadając malującym się na jego pysku stracie i przerażeniu zupełnie innego charakteru. Wbrew pozorom, potem już trzymał się lepiej niż sam mógł przypuszczać, uspokajany przez medykamenty i samą świadomość bycia żywym, zaś w ciągu całego jego pobytu w szpitalu, od początku do końca, tylko jedna sytuacja wzbudziła w nim całą kaskadę odczuć skłaniających się do paniki.

No dobrze Vay, sytuacja wygląda następująco: opatrzyliśmy wszystkie zewnętrzne rany, które otrzymałeś, jednak wychodzi na to, że jeszcze tu posiedzisz. Masz pęknięte dwa żebra, młodzieńcze, ale to nadal nie jest największy problem. Musimy przeprowadzić dokładne badania, żeby stwierdzić, że utrata węchu to wynik uderzenia w nos, a nie obrażeń otrzymanych w głowę. Poza tym rana po amputowaniu oka nie goi się dobrze i… 

– Amputowanie oka?

Tak… W zasadzie to nie było za bardzo co wycinać, ktoś nas uprzedził…


Wtedy znów nie wierzył. Nie wierzył, nie czuł i nie rozumiał terminu “amputacja oka” w jego przypadku. Wiedział, że zostało uszkodzone, jednak nie do tego stopnia, że go nie było wcale. Czuł jak boli, widział nim obrazy, które zaczęły się rozmazywać dopiero, gdy dotarła do niego informacja, że… że go nie ma. Odebrali mu je.

Jak to było? Wypełniło go wszystko co przygnębiające i natychmiast kazał podać sobie lustro. Potem była już tylko silnie ukierunkowana nienawiść, następnie bezsilność i odraza do siebie samego, które sprowokowały spazm wymiotów. W jaki inny sposób niby mógłby sobie poradzić? Z tą całą nienawiścią, z tym oszpeceniem, histerią… 

Po pozbyciu się z organizmu całej obrzydliwej kałuży żółci która zalała podłogę, młody wilk natychmiast zagrzebał się w czystych pościelach, prawie rozrywając pazurami materiał. Pielęgniarki wymieniały się poleceniami, ktoś od razu zaczął sprzątać, mówili do niego, jednak przyćmiony umysł był już w innym miejscu. Zaczął zastanawiać się nad resztą watahy. Jak przez mgłę widział obrazy jego cierpiących współtowarzyszy, katowanych przez wroga, który przybył znikąd. Śmiech zdrajców, wrzaski Verdisów, jego własna agonia, wydające się iluzją. Dlaczego to wszystko tak się potoczyło? Czy zabili wszystkich? Białooki poczuł roznoszącą go od wewnątrz frustrację. Wgryzł się więc w jedną z poduch i tak zamarł, a z zewnątrz było tylko widać jak pognieciona pościel spazmatycznie podryguje od czasu do czasu.

I odpłynął. Pierwszy raz miał okazję zagrzebać się w czystych pościelach, pachniały dziwnie, jednak czuł się spokojniejszy, gdy oddzielony był od innych pacjentów i medyków, od ich spojrzeń, prób podejmowania rozmów przez tę grubą warstwę bieli. W katakumbach nie było wielu czystych pościeli, a już na pewno nie białych, ponieważ nikomu nie były potrzebne. Gangsterzy na misji nie zwracają uwagi na coś tak przyziemnego, a sam pobyt na terenie podziemia nakłada na ciebie ciężar “misji”, więc ta atmosfera szpitala… nie wpływała pozytywnie na basiora, który dotychczas niemal nigdy nie opuszczał swojego pierwszego domu, a po czymś takim odpoczynek przychodził mu z jeszcze większym trudem. 

Gdy pierwszy szok minął, młodzieniec stopniowo wracał do egzystowania i posłusznie wykonywał polecenia lekarzy, traktując ich z szacunkiem wymaganym dotychczas przez wilki dowodzące. Był grzeczny jak tylko mógł nie sprawiając problemów, a przy tym unikając pokazywania innym z jak dużym trudem przychodził mu ten bezruch. Bolało go. Całe ciało bolało go, jakby w mięśniach zamieszkały pasożyty, podgryzające unerwione włókna ale, do cholery, ślęczenie w jednym miejscu tylko potęgowało całą tę katorgę. Wewnętrznie chciał wrzeszczeć i uciekać. Ale nie mógł. Nie miał gdzie ani do kogo, pozbawiony wszystkiego, łącznie z tożsamością, którą musiał w sobie zagrzebać. Więc gdy tylko któregoś dnia usłyszał przy swoim łóżku ciepłe “Dzień dobry”, natychmiast wychylił się spod kołdry, by rzucić prawym okiem na gościa. Nos i zaklejoną plastem dziurę po tym lewym zostawił jednak schowane. Przeszył najeźdźcę na wskroś, przesuwając chaotycznie srebrzącą się tęczówką po jego sylwetce.


Stojący przed nim basior był wysoki i masywny, pokryty biało-brązowym futrem. Na grzbiet miał zarzucone granatowo srebrne szaty obszyte gdzieniegdzie złotem, a jego uśmiech w połączeniu z wesolutko zerkającymi oczami w kolorze jasnego fioletu niemal oślepiły Rosa. Obok stała wadera podobnego wzrostu, jednak czarna, bardziej zgarbiona i przykryta ciemnym płaszczem ze srebrnymi zdobieniami, przypominając całą sobą sennego demona. Jej matowe ślepia błądziły po okolicy, a młody wilk poczuł nagły dyskomfort gdy spojrzała na niego i przybrała na pysk coś w rodzaju bardzo, bardzo wysilonego uśmiechu. Mimowolnie odchylił głowę w tył.

Absolutnie nie miał pojęcia o co chodzi.

– Masz na imię Vay, zgadza się?

Głos zajął biały basior. Tak jak Vay się spodziewał, rzeczywiście jego ton był bardzo przyjemny, nieco irytując tym młodzieńca, a przy tym budząc zaintrygowanie. Wcześniej nie widział tak… czystego wilka. Wyniosłego, dostojnego ale z głupawym uśmiechem, który jakby miał upewniać, że najeźdźca jest niegroźny. Ponadto te szepty i mamrotanie pozostałych pacjentów mieszały w głowie szczeniaka. Jednak nie odwrócił swojego białego, natarczywego spojrzenia, a odpowiedzi skinął pewnie głową. Analizując ich odzienie i reakcję tłumu mógł szybko wywnioskować, że ci tutaj byli albo bogaci, albo wpływowi… albo co jeszcze gorsze - oba. 

– Masz może ochotę się przejść?

I znów szybkie skinięcie. Nie zastanawiał się nad odpowiedzią, bo wybór od samego początku był tylko jeden. Do tej pory nie odważył się zapytać czy może się ruszyć z własnego łoża, bo lekarze wyraźnie podkreślali, że ruch jest niewskazany. Skoro pojawiła się okazja, nie będzie marudził. Pójść z obcą parką nie wiadomo gdzie? Żaden problem, o ile to oni zapytają czy może wyjść. 

– To chodź.

I rzeczywiście białooki wyślizgnął się z legowiska aby stanąć niemal w rozkroku u boku basiora, nieco krzywo i chwiejnie, nie łapiąc jeszcze równowagi. Tygodniowe rany przypomniały o sobie nieznośnie, przebijając się w najróżniejszych częściach ciała żywym bólem – grzbiet, pierś, coś go gdzieś ciągnęło na szyi, łapy rwały, zdrowe oko zapulsowało, a brak tego drugiego, oh, to było najgorsze ale wilczek nie narzekał. Zacisnął zęby, zgarbił się i niepewnie łypnął na nieznajomych. Zdecydowanie nie wyglądał na przestraszonego, ani straumatyzowanego, nawet owinięty w bandaże na wzór mumii. Wyraz jego pyska zdradzał jakieś nieokreślone napięcie, zupełnie niepasujące do tego, co podobno przeszedł. Ale nie przejmował się pozorami. Wyczuł zmianę energii w otoczeniu, tylko spoglądając na resztę wilków. Z tą samą powagą rozejrzał się po pomieszczeniu, szerokim łukiem obracając głowę, by wyłapać jak najwięcej wzrokiem. 

Starszy basior również skorzystał z chwili, by szybko przebadać młodzieńca fiołkowymi oczyma, po czym nagle się poruszył, jakby przypominając sobie o czymś istotnym. Ros natychmiast zjeżył się na ten szybki gest i wrócił białym okiem na wilka. Ledwo uchylił wargi, ukazując zęby i zniżył się na łapach, gdy jego okryta klatka piersiowa dała o sobi znać.  

– Ah, jeszcze jedno. Słyszeliśmy z Loaną, że nie posiadasz wiele, więc sprawiliśmy ci prezent. Teraz widzę, że może być trochę za duży ale jestem pewien, że jeszcze do niego urośniesz.

Młodszy nadal milczał, nie rozumiejąc co się dzieje. Podniósł jednak łeb do fioletowych oczu, gdy tylko ich właściciel zarzucił na szarawe plecy płaszcz. Nie był to byle jaki płaszcz, a gruba, bardzo ciężka, ciemnobrązowa skóra, podbijana od spodu mięciutkim białym zającem. Odzienie sięgało mu poniżej połowy długości łap, a tył był jeszcze dłuższy. Na grzbiecie spoczywał również wielki kaptur. Vay’owi niespodziewanie zrobiło się tak ciepło, jak wtedy kiedy odpoczywał w czystym posłaniu, całkiem zakryty. Nie widział nigdy czegoś podobnego. Zmarszczył brwi i otworzył poharatany pyszczek ale nie wiedział jak zareagować. Wpatrywał się więc białym ślepkiem w te uśmiechnięte oczy, nie mogąc się nawet zdobyć na podziękowanie… Zaraz zacisnął zęby, oszołomiony.


Słowa: 2017= 146 KŁ
Layout by Netka Sidereum Graphics