czwartek, 29 września 2022

Od Sakiego - "Światła obłędu"

Spoglądając na swoje odbicie wiedział już, że to nie tak powinien wyglądać. Oczy paliły mu się od szaleństwa, patrzyły z nienawiścią i żądzą mordu. Szarość przyciemniała, stając się niebezpieczna i dzika. Obnażone zęby groziły, że zaraz rozszarpią gardło każdemu, kto ośmieli się stanąć na drodze oszalałego wilka. Po brodzie ściekała krew ostatniej ofiary tej morderczej broni, już ciemna i gęsta niczym melasa. Rude futro na twarzy umorusane było ciemnymi plamami tej samej substancji, niby dawczyni życia, ale tak bardzo kojarzącej się ze śmiercią. Nie. Nie tak powinien wyglądać. Ale lustro nie kłamało, tylko uświadamiało. Jesteś mordercą. Jesteś szaleńcem. Wstydź się siebie, wariacie.
Saki otworzył oczy, przez chwilę zastanawiając się, na co patrzy. Szczerze mówiąc, zgłupiał po obudzeniu się wśród białych zasp, kiedy jeszcze przed chwilą był w ciemnym pomieszczeniu z lustrem przed nosem, na które zmuszony był patrzeć. I ten nieprzyjemny widok, który wcale nie był Sakim. A może i był. Tylko to był jakiś inny Saki, bardzo niebezpieczny i bardzo nieprzyjemny w obejściu.
Śnieg prószył delikatnie z nieba, pokrywając to, co uwolniło się od białej przykrywy, puszystą warstwą. Tyczyło się to także Sakiego, który obudził się otulony kocykiem z zamarzniętego deszczu. Nic dziwnego, że zrobiło mu się tak ciepło. Rudy wilczek podniósł się na nogi, strzepując z futra puch. Nagły dreszcz przebiegł po plecach podobny do stada nerwowych myszek. Wraz z nim uciekło poczucie komfortu i nagle basior poczuł, że wcale nie jest w miejscu, w którym był, kiedy zasnął. Przecież wszystko wyglądało tak samo, drzewa, wnęka między korzeniami, w której ułożył się rudzielec. A jednak było obce i wilk czuł się paskudnie nieswojo. Z podkulonym ogonem oraz uszami przyciśniętymi do szyi czmychnął w stronę bardziej znajomych terenów… o ile takie obecnie istniały.
Z jakiegoś powodu miał wrażenie, że nie należy do swojego ciała. Nawet ono było obce, nieprzyjemne w noszeniu. Swędziało nie tam, gdzie powinno, łapy poruszały się po innej linii. Uszy obracały się nie tak, jak zawsze. Również i futro zawijało się w inny sposób. Tak źle chodziło się tym ciałem. Ale póki co, Saki nie mógł go wymienić.

<CDN>
Słowa: 342 = 22 KŁ

środa, 28 września 2022

Od Jastesa CD. Vallieany

Wracając ze spaceru, zaczął odzywać się mój pusty brzuch. Słońce stopniowo zniżało się na niebie, wyznaczając późną porę popołudniową, a tym samym narzuconą sobie porę obiadową. Kiedy po raz kolejny poczułem skręt kiszek, zwróciłem się do towarzyszki.
- Co powiesz na wspólne polowanie, jak za dawnych, dobrych czasów?- uśmiechnąłem się krzywo, przypominając sobie początek naszej znajomości i osobliwe łowy, od których zaczęła się nasza przygoda z Caiasem. Vallieana zastanawiała się krótko, po czym skinęła głową.
- Jak mogłabym odmówić? - parsknęła cicho, schodząc ze ścieżki w las. Podążyłem za nią, nastawiając uszu i wdychając zapach sosnowego boru.- Mam jednak nadzieję, że ominą nas takie atrakcje jak wtedy. Niespecjalnie widzi mi się dzisiaj uciekanie przez cienistą armią. - zaśmiałem się krótko, chociaż sprawa nie bardzo była zabawna, cóż nam jednak pozostało?
Rozeszliśmy się, pilnując, aby przez większość czasu być w zasięgu wzroku, a jeśli nie, to przynajmniej  słuchu. Nie zdecydowałem się na użycie wiatru, w końcu moje uszy wcale nie były najgorsze, w dodatku chciałem również odpocząć od używania mocy. Cieszyć się polowaniem tak, jak moi pozbawieni mocy przodkowie. Zbliżyłem więc nos do ziemi i pozwoliłem instynktowi przejąć kontrolę, budząc głęboko skrywaną dzikość. Sekundy przemieniały się w minuty, a minuty w kwadranse bez żadnego obiecującego tropu. Kiedy jednak poszukiwania zbliżyły się do godziny, dobiegło mnie krótkie wołanie Vallieany. Truchtem przeciąłem dzielącą nas odległość, skulony i uważny, aby nie spłoszyć ofiary, jeżeli znajduje się w pobliżu. Szybko uświadomiłem sobie, że tak jednak nie jest, ponieważ zapach, który unosił się w powietrzu był dopiero lekko wyczuwalny. Gdyby zwierzęta znajdowały się niedaleko, byłby tak mocny, że ledwo dałoby się wyczuć cokolwiek innego. Był to bowiem bardzo dobrze rozpoznawalny zapach dzików.
Stanąłem obok skupionej przyjaciółki i zamarłem, wsłuchując się w las. Woń przybierała na sile z każdą chwilą, zwiastując rychłe pojawienie się zwierząt. Milczeliśmy w oczekiwaniu. Wtem usłyszeliśmy odległe chrząkanie, sekundy później przytłumione przez śnieg tętnienie biegnącego stadka. Przywarliśmy brzuchami do śniegu, licząc na to, że wiatr w ostatniej chwili nie zmieni biegu (jak już bowiem wspomniałem, postanowiłem tym razem się nim nie posługiwać) i że nie zaalarmuje dzików. Odgłosy jednak zbliżały się nieustająco, pobudzając nasze organizmy ekscytacją. Jeszcze tylko krótki moment... są! Przebiegną obok! 
W odległości kilku metrów śmignął ciemnobrązowy kształt, zaraz za nim kolejny. Chwila przerwy i następny, z głośnym chrząknięciem torując sobie drogę przez śnieg. Byliśmy tak blisko, że ziemia niemal trzęsła się nam pod łapami, dziki jednak wydawały się nie zdawać sobie sprawy z naszej obecności. Być może spłoszyło je coś innego? 
Nie mieliśmy jednak czasu na zastanawianie się. Z grupy, która już nas minęła rozległy się ostrzegawcze burknięcia. Czyżby nas wyczuły? Jeszcze jeden dzik przemknął obok nas. Teraz! Wyprułem z miejsca, skacząc za samicą. Wzburzony śnieg wirował w powietrzu, przesłaniając obraz biegnącego przede mną zwierzęcia. Wyczułem obecność Vallieany tuż za sobą i poczułem nagły przypływ radości. Jak to dobrze być wolnym, choć na chwilę!

<Valli? A propos biegania po lesie x'DDD>

Ilość słów: 470 = 29 KŁ

środa, 21 września 2022

Od Xevy, CD. Yelthany

 Xeva skrzywiła się z niesmakiem.
- To ,,cholerne muszelki" nie są - mruknęła, zbierając je powoli do sakiewki. Spojrzała w górę, dalej wyraźnie urażona. - Wyrzucać ich nie musiałaś.
Niebieska wilczyca zamachała powoli ogonem z lewa na prawo, po czym położyła go na gałęzi, na której siedziała, jednak dalej milczała. Różowooka westchnęła wyraźnie zirytowana i kontynuowała zbieranie swoich skarbów. Na szczęście nie były uszkodzone, albowiem upadły w miękki śnieg.
- Wiesz, drugą osobą jesteś, która w ostatnim czasie mnie okrada. Co z wilkami z Królestwa nie tak jest? - wyrzuciła, znów zadzierając głowę w górę.
- Byłam głodna - strzepnęła nieznajoma ogonem. - Myślałam, że masz pieniądze.
- Poprosić nie mogłaś? - mruknęła pod nosem piegowata, jednak Yelthana wyraźnie ją usłyszała. - Nikt by ci jedzenia nie dał?
- Nie tak działa życie, skarbie - zaśmiała się gorzko Folix. - Co z tym akcentem? Jesteś nowa w Królestwie?
Teraz to długoucha zamilkła. Strzepywała nieudolnie biały puch ze swoich znalezisk. 
- Z Teneris pochodzę - odparła w końcu. - I tutaj od roku mieszkam. Cóż, od trochę więcej niż roku.
Z wysokich gałęzi drzew rozległ się zimny, perlisty śmiech.
- I co, dalej wierzysz, że jakiś randomowy wilk na ulicy dałby mi jedzenie, gdybym go poprosiła? Proszę cię, teraz to już jest głupota, nawet nie naiwność.
- Może i naiwność tak - odszczeknęła Xeva. - Ale głupota nie, bo gdybyś mnie zapytała, to ja bym ci pomogła!
Wcisnęła gniewnie sakiewkę do torby, a muszelki zabrzęczały głośno. Poprawiła płaszcz i nastroszyła futro, po czym odwróciła się na pięcie i ruszyła ku linii lasu znajdującej się niedaleko. Yeltana patrzyła za nią uważnie, dalej leżąc na grubej gałęzi. Już myślała, że wadera zostawi ją w spokoju, gdy nagle długie łapy zatrzymały się w pół kroku, a samica obejrzała się za siebie.
- To idziesz? Czy głodować chcesz?
Zapadła długa chwila milczenia.
- C... Co? - wydukała Folix.
- To idziesz? Czy głodować chcesz? - powtórzyła Teneriska, głośniej i wyraźniej.
- Usłyszałam, co powiedziałaś, ale... Co chcesz zrobić? 
- Polować ci pomogę - strzepnęła ogonem Xeva. - Żebyś okradać innych wilków nie musiała. W końcu nie tego, co trzeba okradniesz i pożałujesz.
Yelthana patrzyła na nią uważnie. Nie wiedziała, czy bardziej zaskoczyła ją nietypowa propozycja, którą złożyła jej zupełnie nieznajoma wilczyca (przed chwilą przez nią okradziona), czy to, że jej długi ogon zamiatał na boki śnieg - co świadczyło o tym, że najwyraźniej owa samica cieszyła się z wizji wspólnego polowania.

<Yelthana?>
Słowa: 375 = 24 KŁ

poniedziałek, 19 września 2022

Od Ametrine, CD. Xevy

Płatek śniegu spadł na mój nos wysunięty ku niebu. Stałyśmy na głównej ulicy, kierując się w stronę bram miasta, szykując się jednocześnie na podróż, ale zatrzymaliśmy się przy jednym z budynków. Xeva zniknęła na chwilę w biurze Odkrywców, by zawiadomić swoich przełożonych o jej nieobecności. Ja również powiadomiłam szpital o mojej nieobecności przez najbliższy czas. Gdy wilczyca wyszła z biura ruszyłyśmy. Bezwiednie oddałam się swoim myślom, przestawiając się na mechaniczne, niemal automatyczne stawianie łap na zimnym bruku przysypanym białym puchem. Nie dałabym radę przelecieć Morza sama… A nawet jeśli by mi się udało (pewnie jest jakiś eliksir czy inne zaklęcie, musiałabym zapytać brata) – co z Xevą? Tak więc zostaje przepłynięcie Morza Śródlądowego na pokładzie statku wyposażonego w doświadczoną załogę. Najpierw jednak trzeba udać się do Pevdry, gdzie znajdują się porty oraz jednostki zdolne zabrać ze sobą pasażerów w te niebezpieczne rejony. Owszem, są tutaj porty, jednak żaden tutejszy marynarz ani kapitan nie zgodzi się na przepłynięcie obok Pustych Wysp. Tamtejsze wyspy są pozbawione magii przez co wielu wilków morskich stara się ich unikać za wszelką cenę. Wielu mówi też, że tamtejsze wody są zdradliwe i niepewne a ocean – zawsze głodny niedoświadczonych ofiar, które może pożreć wraz z ich statkami. Dlatego musimy udać się na południe i znaleźć odpowiedniego kapitana oraz okręt, z którym popłyniemy przez morze. Mrugnęłam, wracając do rzeczywistości.
Szłyśmy równym tempem. Xeva była tuż obok, idąc z wesołymi iskierkami w oczach. Znów zanurzyłam się w swoich myślach, kierując się przed siebie. Jej postać była dosyć intrygująca dla mnie. Wygląda jakby mieszkała tu od dłuższego czasu, jednak nie znała do końca panujących tu zasad ani prawa… Miała jednak pogodne usposobienie, wręcz czasami lekkoduszne, ale widać troskę oraz… odpowiedzialność. Gdy powiedziałam jej o roślinach, nie chciała ich tracić, ale była gotowa na… ostateczność…
Przynajmniej mam takie wrażenie…
Na pewno było coś, co przyciągało mnie do postaci Xevy. Być może jest to jej pochodzenie – egzotyczny wygląd, który przykuwa oko, obce tradycje i zwyczaje, jej odmienna osobowość… albo to wszystko na raz. Nie wiem dlaczego, ale przy niej czułam się nudna, nieciekawa i… nieatrakcyjna. Tak, dokładnie. Nie wiem dlaczego. Wzięłam głębszy wdech, chcąc powrócić do chwili obecnej. Zimne powietrze wypełniło nozdrza a potem płuca. Znów byłam obecną umysłem, nie tylko ciałem.
Oddaliłyśmy się od Centrum, lecz dalej byłyśmy na terenie Królestwa. Śnieg opadał powoli z stalowo–szarych chmur. Szalik zaczął zsuwać się z szyi, więc chwyciłam go telekinezą i poprawiłam. Miałam na sobie jeszcze swój płaszcz, wykonany z owczej wełny, który chronił wystarczająco przed zimnem ale nie będzie ono dodatkowym ciężarem kiedy przejdziemy na cieplejsze tereny. Jest wystarczająco ciepły, aby stanowić ochronę przed zimnem, ale też nie jest zbyt ciężki by schować go do jednej z mojej toreb. Na bokach miałam zawieszone dwie duże torby wykonane z ciemnej skóry oraz jeszcze plecak na grzbiecie, także miałam gdzie schować swoje odzienie. Xeva natomiast miała coś w rodzaju narzuty z jelenich skór, która najgrubszą warstwę miała w miejscach, gdzie jej czekoladowe futro było najrzadsze. Miała ze sobą jedną torbę, na lewym boku. Z jej pyszczka nawet na chwilę nie schodził uśmiech. Dookoła panowała martwa cisza, zagłuszana skrzypieniem śniegu podczas stawiania kolejnych kroków. Postanowiłam przerwać tą nieznośny bezgłos.
– Xeva? – zapytałam, a głowa wilczycy od razu wystrzeliła w moją stronę, nastawiając uszu.
– Pani? – wesoły ton zwrócił się do mnie. Oczy wyczekująco wpatrywały się we mnie.
Już otworzyłam pysk żeby zadać jej pytanie o jej profesje, rośliny oraz ogólnie o jej podróż tutaj, kiedy coś usłyszałam…
Z początku wsłuchałam się, lecz zlekceważyłam w fakt usłyszenia dźwięki, kiedy pojawił się jeszcze raz.
Grzmot.
Obróciłam się. Goniły nas niemal czarne chmury, niosąc ze sobą ogromne masy śniegu oraz kurtynę śnieżną. Śnieżyca.
Świetnie.
Moja towarzyszka również dostrzegła nadchodzące zagrożenie. Spojrzała na mnie a następnie znowu na chmurę.
– Schronienie chyba znaleźć musimy… – powiedziała. Kiwnęłam głową i ruszyłam naprzód, zwiększając tempo.

***

– Może tym razem ta jaskinia będzie odpowiednia… – mruknęłam. Poprzednie trzy albo były za ciasne albo już zajęte przez stałych, dzikich lokatorów. Albo jedno i drugie.
Tym razem jednak nam się udało. Jaskinia była wystarczająco duża, żeby zmieścić grupę otyłych wilków. Stalowoszara lodowa ściana to cały wystrój wnętrza. Otrzepałam się z warstwy puchu na grzbiecie, co uczyniła też Xeva. Weszłyśmy do środka w ostatniej możliwej chwili, ponieważ uderzyło w nas czoło chmury, niosąc zaledwie ułamek śniegu w sobie. Teraz na zewnątrz szalała dzika śnieżyca, którą należy przeczekać…
Położyłam swój bagaż na ziemi. Towarzysząca mi wilczyca siedziała przy wyjściu i obserwowała szalejący na zewnątrz żywioł, po czym podeszła bliżej wnętrza i również zdjęła ciężar z grzbietu. Zaczęła się kłaść, ale ja wpadłam na pewien pomysł.
– Poczekaj… – poprosiłam. Musimy bardzo uważać bo z odmrożeniami nie ma żartów. Stworzyłam kryształową platformę, która będzie izolować nasze ciała od lodowatego podłoża, dzięki czemu nie będziemy tracić tam dużo cennego ciepła. Weszłam na platformę, po czym zaczęłam się układać do leżenia. Mimo, że uwielbiam spać w miękkim łóżku nie przeszkadza mi spanie na twardej posadzce. Xevie chyba również.
W końcu miałyśmy chwilę, gdzie zapytałam o przyczynę opuszczenia rodzinnych stron. Oczywiście zaznaczyłam, że jak nie chce, to nie musi o tym rozmawiać.
– Pani się nie martwi! Jasne, że opowiedzieć mogę! Córką kapłanki jestem, mieć ważną rolę miałam, ale bogini inaczej zdecydowała. W urodziny drugie zwiedzać świat postanowiłam. Łapy do Królestwa mnie zaniosły i tak już zostałam…
Byłam lekko zaskoczona. Myślałam, że Xeva przeżyła większą przygodę prowadzącą do Królestwa… Nie jestem rozczarowana, lecz sądziłam, że jej historia nie będzie aż taka… prosta. W zamian opowiedziałam jej o swojej rodzinie. Głównie o bracie, nie chciałam poruszać tematu swoich rodziców… Potem rozmawiałyśmy na różne tematy aż nas obie zmógł sen…

***

Mniejszy szum. Nawet nie zarejestrowałam.
Większy hałas. Przebił się przez warstwę snu, lecz go zignorowałam. Huk. Gwałtownie wstałam.
Zaspanymi oczami dostrzegłam… No właśnie, niemal nic bo było ciemno! Po kilku chwilach wzrok przyzwyczaił się do mroku dostrzegłam warstwę śniegu zagradzającą wyjdzie z jamy. Xeva wstała chwilę po mnie i również potrzebowała chwili na zrozumienie co tu się dzieje…
– Nie, nie nie..! – Podbiegłam do ściany i zaczęłam szybko kopać w sypkim śniegu.
Nic tym nie wskórałam…
Xeva stała niedaleko z położonymi uszami uszami. Sytuacja była kiepska. Bardzo kiepska.
– Musi być inne wyjście…! – powiedziałam, kręcąc się w kółko. Od zasypania naszego wyjścia minęło już trochę czasu. Nie chciałam niczego mówić, ale niedługo może skończyć się nam powietrze…
– Tylko jak znaleźć je? – spytała moja towarzyszka.
– Nie wiem… – zatrzymałam się. Zamknęłam oczy i wzięłam głęboki wdech. – Ale nie możemy się poddać! – Tupnęłam mocno nogą, chcąc pokazać sobie i Odkrywczyni, że się nie złamie.
To był błąd. Duży.
Lód pode mną zaczął skrzypieć dziwnie aż w końcu pojawiło się pęknięcie. W jednej chwili było niewielkie a w drugiej była długa jak moje ciało. Zaczęły się rozgałęziać i biegnąc w kierunku Xevy oraz moim. Obie, jak zaczarowane, patrzyłyśmy na rosnące pęknięcia, aż spękany lód nie wytrzymał ciężaru nas obu…
Nie wiem co się działo potem. Pamiętam tylko zimno, wodę, zagubienie i większe zimno. Ale przede wszystkim zmartwienie co się dzieje z moją towarzyszką. Musimy też odzyskać szybko nasze zapasy, które zostały w głównej grocie.

<Xeva? Ami będzie miała ogromny ból poślada i będzie się obwiniać za to. Mam nadzieję, że się podoba> 
 
Słowa: 1156 = 78 KŁ

środa, 14 września 2022

Od Vallieany, CD. Lys i Tin

 Samiczka gronostaja zatrzymała się w pół kroku i podniosła łebek na kozie wadery. Do tej pory szła za nimi, wykorzystując koleiny w śniegu wyryte przez wilcze łapy, jednak gdy Lys i Tin zwolniły, Vallieana żwawo przebiegła między ich łapami, wyskakując na przód. Kątem oka zerknęła na niebo i musiała przed samą sobą przyznać, że miały wystarczająco duże obsunięcie czasowe, że przerwa czy to teraz, czy później, nie zrobiłaby już im różnicy.

– Jasne, że możemy – pisnęła. Stanęła na tyle łapki i zaczęła rozglądać się za miejscem odpowiednim na chwilowy przystanek, jednak z punktu widzenia tak małego zwierzątka nie była w stanie dostrzec nic, co znajdowało się poza piętrzącymi się nad jej główką murami ze śniegu. Szybko się więc poddała oddając chwilowo swoją pozycję “lidera” wyprawy– Możecie wybrać miejsce.

Lys i Tin, jakby napędzane nową energią na samą myśl o chwili odpoczynku energiczne przeskoczyły z łapy na łapę i dziarsko skinęły głową, biorąc na siebie odpowiedzialność za powierzone zadanie. Przez chwilę chodziły, przez chwilę tuptały, trochę powęszyły, aż w końcu cupnęły. Wybraną przez nie miejscówką była spora przestrzeń, otoczona przez kilka większych, ciasno rosnących przy sobie drzew, gdzie warstwa śniegu była znacznie niższa, niż na ich dotychczasowej, nieosłoniętej gałęziami trasie.

– Może być? – odezwał się dumny głos Lys, zupełnie jakby wadera pytała Vallieanę o zdanie tylko po to, żeby usłyszeć, że wykonała dobrą robotę.

– Tak, dobra robota – uśmiechnęła się Valli – Ziemia jest wydeptana, zdaje się, że nocują tu dziki – zauważyła, kiedy zadowolona z siebie koza zaczęła rozładowywać z siebie toboły.

– Czuć je z kilometra – skrzywiła się lekko w odpowiedzi – Dobrze, że teraz ich tu nie ma.

– A jak wrócą? – gronostaj rzuciła okiem na towarzyszki.

– To będą musiały znaleźć nową miejscówkę – rzekła zadowolona Lys i chwyciła zająca, którego dzień wcześniej złapała. Wadery już zabierały się do dzielenia mięsa, kiedy spojrzały złotymi ślepiami na towarzyszącego im gronostaja. Vallieana jakby wywołana do odpowiedzi podskoczyła w miejscu i za chwilę znów usiadła..

– Spokojnie możesz zjeść więcej, moje ciało jest teraz bardziej… ekonomiczne? – zaśmiała się niezręcznie, zerkając na sześć razy większe truchło zajęczaka – No, powiedzmy…Wystarczy mi naprawdę mały kawałek.

– Hm, no dobrze…

Wadery otworzyły pysk i zaraz zacisnęły silne szczęki na udzie zwierzęcia, łamiąc kości jak wykałaczki i rwąc mięśnie wraz ze skórą jak kawałek pergaminu. Z tej perspektywy, Vallieana odczuła realną grozę i aż musiała się kawałek wycofać, gdy jej ciałem targnęło nagłe, niezrozumiałe przerażenie. Na szczęście wilczyce tego nie zauważyły i zaraz delikatnie położyły udziec przed nosem gronostaja.

– Wystarczy? – zapytały.

– T..tak – czarny łebek potrząsnął się na boki, chcąc pozbyć się dyskomfortu – Dziękuję i smacznego.

Po usłyszeniu odpowiedzi, towarzyszki wyprawy wzięły się do jedzenia. Bardzo szybko okazało się, że mała Vallieana nie jest w stanie zjeść nawet jednej trzeciej swojej porcji, więc więcej trafiło do Lys i Tin, które również nie zjadły swojego przydziału do końca. Ostatecznie resztki zająca trafiły zapakowane do zielarskiej torby, a samice postanowiły odpocząć jeszcze przez chwilę. 

– Nie jest wam zbyt ciężko z tymi rzeczami? – spytała z troską gronostajka, zwijając się w rogalika przed wyciągniętymi łapami pozostałych wader. Te jednak pokręciły powoli głową.

– Nie jest ciężko, po prostu daleko.

Niebieskooka wyłapała delikatniejszy głos Tin

– Tak, to prawda, też miałam nadzieję, że dostaniemy się tam szybciej… ale z tym, ciałem nie da się szybciej – westchnęła przygnębiająco. Wadery podniosły uszy i machnęły łapą.

– A… ale nie przejmuj się, to nie jest twoja wina..!

– Ah, wiem, że to nie moja wina, naprawdę! Po prostu mam swoje obowiązki i przez takie… nieoczekiwane… sytuacje muszę na nowo organizować czas… Poza tym nie wiemy jak mnie odmienić z powrotem i to też jest całkiem stresujące – uśmiechnęła się niewesoło. Tin skinęła głową ze zrozumieniem. Vallieana westchnęła i znów się rozluźniła.

– Ale dość o moim obecnym stanie. Powiedzcie, jesteście myśliwymi, tak? Jakiś czas temu zastanawiałam się jak wygląda… – niespodziewanie drobne zwierzę urwało, gdy przez las rozległ się nieprzyjemny dla ucha chichot. W jednej sekundzie samice nastawiły uszy, a w następnej Valli wydała z siebie niepodobny do niczego pisk, gdy nadlatująca z powietrza szyszka uderzyła w ziemię z takim impetem, że wystarczyłoby kilka centymetrów w bok i drobniutkie łapki gronostaja zostałyby bezpowrotnie zmiażdżone. 

– Valli! – krzyknęły wadery, zrywając się na nogi – Nic ci nie je… Auć! 

Grafitowe rogi przyjęły na siebie uderzenie kolejnej szyszki, a potem ciemny zad oberwał jeszcze następną. W tym czasie zielarka zwiała czym prędzej w krzaki z walącym sercem. Kolejną niespodziewaną dla niej rzeczą było to, że Lys i Tin postanowią wepchnąć się za nią pod ten sam krzak, więc gdy nagle przed jej malutkim pyszczkiem pojawiła się wielka para złotych oczu, wdrapała się niezdarnie na czarny nos i pozwoliła waderom na rozgoszczenie się.

– Valli, czy… czy wszystko… – Tin próbowała złapać oddech, jednak nagle potrząsnęła łbem i zachwiała się na bok, zrzucając gronostaja na ziemię – Mógł cię zabić! Niech ja go tylko dostanę w swoje łapy!

Wadery znów się poderwały, a Valli mogła tylko chwycić się jednej z ich łap, obawiając się bycia stratowaną. Rollercoaster emocji w jej ciele zaliczał wzniesienia i upadki, a ona wyklinała w myślach wrażliwość emocjonalną tego ciała. Miała wrażenie, że to jej serce zaraz się zatrzyma!

Lys jednak nie wybiegła zza krzaka, a jedynie zaszarżowała w przód, kręcąc głową, gdy rogi stale ocierały się o gałęzie rośliny. Już wyglądała jakby miała zaczął krzyczeć, ale przypomniała sobie o obecności towarzyszki, o którą zadeklarowała się walczyć.

– Jak się trzymasz? Wszystko dobrze- zapytały z niepokojem. 

– Ja… Tak, ja… Dajcie mi chwilę – sapnęła niebieskooka, trzymając się kurczowo przedniej łapy wader. Lys nastroszyła całe ich ciało.

– Co za…!

Jednak ponownie rozwój sytuacji przerwał czyjeś zdanie w połowie. Chichot nagle się urwał i zmienił się we… wrzask. Dziwaczny, kłujący w uszy krzyk, zupełnie jakby napastnik nagle się przestraszył. To co wydarzyło się jako następne jednak jeszcze bardziej zaskoczyło samice – to coś spadło z drzewa! Wylądowało na grzbiecie parę metrów od Lys, Tin i Vallieany, jednak zaraz bez problemu wstało i zaczęło uciekać w drugą stronę.

A ten co, ducha zobaczył?


<Lys, Tin?>
Słowa: 971 = 54 KŁ

Od Vallieany, CD. Jastesa

 Spojrzałam na przyjaciela, który zdawał się przede mną roztapiać niczym postawiony zamek ze śniegu, którego mury, choć w założeniu miały stawiać opór największym burzom i najazdom, po którymś uderzeniu od demona nie dawały już się stawiać od nowa i od nowa. Miały na to za mało czasu, za mało energii. Gdy tylko skończył mówić, wiedziałam, że mogę się utożsamić z jego obawami, które nie opuszczały mnie już od dawna, a moje własne mury upadły. Nigdy w życiu nie czułam w stosunku do nikogo takiej braterskości i wsparcia. Jesteśmy w tym razem, Jastes, nie zostawię cię.
Z lekką niepewnością zrobiłam krok w przód i oparłam głowę o białą szyję, by zaraz poprawić naszą pozycję i po prostu go przytulić, zatapiając nos przy jego boku. Basior w odpowiedzi wyraźnie znieruchomiał i chociaż przez chwilę obawiałam się sprawiać mu dyskomfort, to zdecydowałam, że tak jak on unikał mojego wzroku, tak ja postanowiłam zrobić to samo. Zebranie myśli zajęło mi chwilę.
– Jastes, ty… oczywiście, że ci pomogę. Cała ta sytuacja jest tak chora i dziwna, że gdyby ktoś tydzień temu opowiedział mi podobną historię, to pewnie nie uwierzyłabym za pierwszym razem – zaśmiałam się niezręcznie, nie opuszczając sztywnego boku na krok– Ale to się stało… to znaczy… dzieje się, a my jesteśmy w tym razem i… i ja też się boję, ale choćby nie wiem co, to będę przy tobie i zawsze możesz do mnie przyjść, okej?
Minęła chwila ciszy, nim wyraźnie poczułam jak mój przyjaciel bierze głęboki, roztrzęsiony wdech, a następne mruczy ciche “mhm”, jakby nie będąc w stanie zdobyć się na nic bardziej rozbudowanego. W końcu również zaakceptował swój los (a mój uścisk) i ułożył własny pysk na moich łopatkach. Nieco mi ulżyło, a serce rozdzierane strachem o przyjaciela zabiło spokojniej. Chciałam go wesprzeć, pomóc mu pozbyć się obaw, nawet jeśli moje własne były tylko usilnie skrywane gdzieś z tyłu głowy, pod delikatną, kruszącą się skorupką. Pochyliłam lekko łeb, przylegając policzkiem jeszcze bliżej, kierując wzrok w nieokreślony punkt, a słowa prosto do głębi basiora. 
– Słuchaj, nie czujesz niczyjej obecności, a to dobry znak… na razie dam ci jakieś herbaty na spokojny sen, a jeśli one nie pomogą, to poszukamy rozwiązania gdzieś indziej. Póki co, niczego nie czuję ani ja, ani Vernon, więc będziemy jeszcze bardziej ostrożni. Dziękuję, że mi o tym powiedziałeś. 
Jastes pociągnął nosem, a ja w końcu delikatnie się wycofałam, rozdzielając nas. Chciałam spojrzeć na jego pysk. 
– Zgoda… – odparł, chociaż nie do końca było pewne, na co się zgadzał. Podniosło mnie to jednak na duchu, jego głos zdawał się mniej obciążony duszącymi emocjami. Odwrócił głowę, zmieniając temat – Ten duch jest z tobą cały czas? 
– Ah, tak… To znaczy, czasem gdzieś znika, czasem tylko się nie odzywa… – rzuciłam, jednak widząc, że sivarius wcale nie miał ochoty niczego wtrącać, zdecydowałam się kontynuować. Wznowiliśmy przy tym nasz spacer, obierając kurs na mój dom –Tłumaczył mi to tym, że nasza rzeczywistość ma wiele płaszczyzn i sfer, pomiędzy którymi może się poruszać. To dla mnie dosyć skomplikowane, więc musiałbyś go zapytać o szczegóły bardziej bezpośrednio.
Uśmiechnęłam się. Temat umarł śmiercią naturalną, a my ponownie oddaliśmy się wspólnemu milczeniu, zagrzebując się we własnych bardziej i mniej nazwanych obawach.

<Jastes?>

Słowa: 521 = 31 KŁ

poniedziałek, 12 września 2022

Od Hauro, CD. Xevy

Wszedłem z Waderą do pierwszej lepszej karczmy. Usiadłem obok niej, na krześle przy barze. Zamówiłem jej grzane wino. Gdy się trochę uspokoiła, opowiedziała mi co i jak. Słuchałem jej w milczeniu. Większość wilków, patrzyła się na mnie dziwnie. Ignorowałem je. ,,Pewnie, gdyby nie wpadłbym na nią, nikt by jej nie pomógł.” - Pomyślałem. Większość, pewnie ominęła by nawet umierającego wilka. Westchnąłem w myślach. ,,Taki jest teraz świat”. Gdy wilczyca skończyła mówić, w pocieszającym geście, położyłem łapę na jej barku. Dzwonki cicho zadzwoniły. ,,Prawdopodobnie będą teraz uznawać mnie za jakiegoś dziwaka, ale mam to gdzieś. Ważniejsze jest, aby pomóc tej wilczycy. Właśnie, nawet nie wiem jak się nazywa. Może nie jest to jakoś super istotne, ale może poczuje się pewniej, gdy będę mówił jej po imieniu? Ja czułbym się pewniej, ale ona to nie ja.”
- Jak ma Pani na imię?
Zapytałem po chwili ciszy. Nie Chciałem, aby nieznajoma pomyślała, że o niej zapomniałem.
- X - Xeva
Wydukała Wadera.
- Wspaniałe imię! 

Powiedziałem zgodnie z prawdą. Może było trochę dziwne, jednak takie imiona były właśnie najpiękniejsze! Uśmiechnąłem się do Xevy. Wadera spojrzała na mnie.
- Na prawdę?
Pokiwałem energicznie łbem. Wszystkie wisiorki i łańcuszki, które były zaplątane bądź zawieszone na moich rogach zaczęły się chaotycznie poruszać.
- Oczywiście!
Dodałem po chwili. Kątem oka, zauważyłem, jak jakiś wilk o mało co nie parsknął śmiechem. ,,Uważają to za żałosne, a pewnie gdyby sami byliby w takiej sytuacji, zdziwiliby się, dlaczego inni się śmieją.” Warknąłem w myślach, czasami miałem już po prostu dość takich wilków, zapatrzonych w siebie, aroganckich. O mało co nie wywróciłem oczami, jednak powstrzymałem się i skupiłem całą swoją uwagę na waderze.
- Nie wiem, czy Cię to w ogóle obchodzi, ale jestem Hauro
Powiedziałem tak samo wesoło co wcześniej. ,,Chyba się nie obrazi, że zwróciłem się do niej na Ty, w każdym razie, mam taką nadzieję. Ja tam bym się nie obraził, jednak ja to ja, a Xeva to Xeva.”

<Xeva?>
Słowa: 313 = 21 KŁ

niedziela, 4 września 2022

Od Xevy, CD. Lys i Tin

 Teneriska zadarła głowę, a długie, metalowe kolczyki w kształcie kilku sierpów księżyca, zabrzęczały cicho.
- Chyba nie - odparła. - Ale o tej porze roku pogoda szybko się zmienić może. Dobrze, że mamy tę kłodę - dodała, czując, jak wiatr przebija się przez jej sierść i gryzie ją nieprzyjemnym chłodem w skórę. Nastroszyła się nieco. Lerdiski pokiwały głową.
- Głodne jesteście? - zapytała po chwili piegowata. - Trochę mięsa mam, upiec je możemy.
- Cóż... Jeśli nie będzie ci to przeszkadzać, to chętnie byśmy coś zjadły - odparły niepewnie wadery. Xeva uśmiechnęła się łagodnie.
- Wy się nie przejmujcie, Lisitin. Dla nas dwóch... To znaczy trzech! na pewno starczy.
Odkrywczyni otworzyła torbę i wyciągnęła sporej wielkości pakunek zawinięty w cienkie maty z plecionej trawy i związane lnianym sznureczkiem. Wadera poluźniła krzywą kokardkę zębami i wyjęła cztery średniej wielkości pasy mięsa króliczego. Wszystkie trzy wilczyce poczuły, jak ślina napływa im do pysków.
Teneriska przysunęła duży, płaski kamień bliżej ognia i odczekała, aż się nieco rozgrzeje, po czym położyła na nim płaty. 
Ściemniało się bardzo szybko. Niebo prędko straciło swój szarawy odcień, który zastąpił głęboki granat, a ponad drzewami zajaśniały tysiące gwiazd. Tuż nad głowami wader można było dostrzec białą smugę galaktyki.  Lys i Tin czyściły sobie łapy, podczas gdy Xevie robiło się coraz chłodniej. Mimo że bliskość towarzyszek sprawiała jej bardzo dużą radość, różowooka musiała się przysunąć nieco bliżej ognia. Otuliła się ciaśniej podniszczonym płaszczem, ale ostry wiatr łatwo wlatywał przez dziury w starym futrze renifera i dobierał się jej do skóry.
- Zimno ci? - zapytały samice. Odkrywczyni kiwnęła głową.
- Sierść na ciele krótką mam. A to ubranie - Znów poprawiła odzienie, wciskając je pod łapy tak, aby powietrze nie mogło wlatywać od dołu. - stare jest i dobrze nie chroni. Schować się do kłody pójdę.
Wstała i otrzepała się z cichym jękiem. 
- Możesz przysunąć ją bliżej ognia. Jak ją przekręcisz tymi dziurami do przodu, to ciepło będzie przez nie wpadać i w środku zrobi się przyjemnie.
Xeva przestąpiła z łapy na łapę i potarła kończyny o siebie.
- Chyba rady nie dam - mruknęła, nagle zawstydzona. Wiedziała, że kłoda była zbyt duża, aby dała radę ją popchnąć, nie mówiąc już o użyciu telekinezy. Zerkała na wadery, obawiając się ich reakcji. 
- Och. - Lerdiski wstały. - Możemy ci pomóc, nie przejmuj się.
 I momentalnie ziemia zadrżała i uniosła się delikatnie, tak, że drewno poturlało się w kierunku paleniska. Zatrzymało się z trzeszczącym jękiem.
Teneriska stała przez chwilę, czując mieszankę skrępowania i frustracji. Zagryzła zęby, zła na to, że coś, co zajęłoby jej długie godziny, wadery dokonały w kilka sekund.
- Dziękuję - wymamrotała, wstydząc się za to, że ktoś musiał coś za nią zrobić i podeszła do pnia. 
Jego środek był nieco wilgotny i zasypany ziemią oraz resztkami jedzenia różnych niewielkich zwierzątek, ale na pewno był bardziej wygodny niż zmarznięta ziemia oraz ostry wiatr.
- Chyba mięso jest już gotowe - usłyszała głos wader.
- Och - westchnęła Teneriska, która na moment zapomniała o posiłku. - Rzeczywiście ładnie pachnie. 
Ułożyła się między myśliwymi, a kłodą i telekinezą podniosła swoją porcję, uważnie patrząc, czy wadery zwracają uwagę na drżenie i chybotanie się mięsa, które powoli przesuwało się w powietrzu. Na szczęście wydawały się w stu procentach skupione na swoim posiłku.
Zjadły szybko w milczeniu. Xeva dopiero po pierwszym kęsie poczuła, jak bardzo jest głodna, pochłonęła więc mięso w mgnieniu oka. Szybko pojawiły się przyjemne poczucie pełności i ciepła w brzuchu. Zrobiła się nagle bardzo senna. 
Ziewnęła szeroko.
- Spać chyba pójdę.
Lys i Tin, które właśnie skończyły swój posiłek, zerknęły na nią i pokiwały głową.
- Możemy również się położyć w kłodzie?
Xeva, która już zdążyła wstać i się przeciągnąć, spojrzała na nie ze zdziwieniem.
- Oczywiście. Nie chcę, żeby wam było zimno - odpowiedziała, po czym weszła do pnia i ułożyła się przy jednej ze szpar, przez które wpadało ciepło ogniska. ,,Miały rację, rzeczywiście jest tutaj ciepło", pomyślała, zwijając się w kulkę. Westchnęła głęboko, czując narastającą senność. Patrzyła, jak jej towarzyszki przeciskają się przez wejście i kładą się przy drugiej dziurze.
- Dobranoc - uśmiechnęły się do niej.
- Dobranoc - odpowiedziała Xeva, ziewając szeroko.
A potem zasnęła.
Jej sny krążyły wokół wydarzeń z dnia poprzedniego, wspomnień i abstrakcyjnych pomysłów. 
A potem zobaczyła TO.
 
Biała masa formująca się w przeklęte, pogięte i połamane stworzenie. Jego wielkie, mleczne oczy tkwiące w zapadniętych oczodołach przesunęły się wprost na nią. Opuściło szczękę, która utrzymywała się przy reszcie czaszki na cienkich płatach łuszczącego się mięsa, odsłaniając gardziel pełną zębów.
Próbowała uciekać, ruszyć się, cokolwiek, ale nie mogła. Tkwiła w jednym miejscu, patrząc, jak koślawe kończyny podnoszą się i  opadają, przyciągając monstrum coraz bliżej. Centymetr po centymetrze, demoniczna istota rosła w jej oczach i zbliżała się, zbliżała...

Xeva obudziła się bez oddechu. Zmusiła się do wzięcia wdechu, słysząc, jak serce tłucze jej się w klatce piersiowej. Zimny strach trzymał ją przy podłożu. Kątem oka zobaczyła ruch przy wejściu do pnia.
Coś białego mignęło przy kłodzie. Poczuła, jak przerażenie chwyta ją za brzuch. Zmusiła się do tego, aby spojrzeć w tamtym kierunku. Nic.
Szarówka. W budzącym się świetle wczesnego poranka dostrzegła, że pada śnieg, a śnieżynki tańczą na wietrze. Pociągnęła nosem, próbując wywęszyć potencjalne zagrożenie. Wyczuła jedynie zapach jakiegoś niewielkiego zwierzęcia, może królika lub tchórza. 
Odetchnęła głęboko. ,,To był tylko sen", pomyślała, nakazując ciału się uspokoić. ,,Tylko sen". Mimo tego nie mogła pozbyć się okropnego przeczucia, że coś czeka na skraju polany. Zrzuciła to na karb wybujałej wyobraźni i tego, że dalej była zaspana i niezbyt świadoma rzeczywistości.
Podpełzła do wader, które spały jak zabite, skuliła się przy nich i wtuliła pysk w sierść na ich szyi, czując, jak strach i panika powoli znikają, przekonana, że rano zapomni o koszmarze.

<Lys i Tin?>
Słowa: 911 = 51 KŁ

Od Aarveda, CD. Jastesa

Dzwoniło mu w głowie. Pusty dźwięk blakł i rósł w siłę, zupełnie jakby jego źródło przybliżało się i oddalało. Serce Aarveda dalej biło, jednak czas między kolejnymi skurczami wydłużał się i skracał na zmianę, za każdym razem zaskakując go głośnym tąpnięciem w uszach. Przez chwilę trwał w tej ciemności, zbudowanej jedynie z tych odgłosów i pulsowania krwi w skroniach.
A potem doszedł do niego ból.
Promieniował od potylicy i klatki piersiowej, potem pojawił się na całym ciele. Miał wrażenie, że cały się dusi. Skóra go piekła. Po chwili zdał sobie sprawę, z czego to wynika - nie musiał nawet się nad tym zastanawiać, to było instynktowne, mimo że nie pamiętał, co się wydarzyło wcześniej. Tak jak zwierzę, które wiedziało, że się wykrwawia, on wiedział, że wyczerpał swoją magię, a usiłująca masowo do niego wpłynąć moc rozrywa mu żywcem skórę.
Nigdy nie zdawał sobie sprawy, jak wiele racji miały osoby twierdzące, że jedna z najokrutniejszych śmierci to umieranie z magicznego wyczerpania - nigdy. Aż do teraz, nawet jeśli było mu względnie daleko do prawdziwego zagrożenia życia. Nie był też świadomy, że katusze, przez które przechodził, to było nic w porównaniu do zupełnego braku magii w organizmie.
Nie wiedział też, że taki los był mu przez niektórych pisany.  
W pewnym momencie swojego trwania w prawie pustej nicości poczuł ostre zimno, a potem gorąco. Usłyszał czyiś głos. Po chwili znów wszystko ucichło.
Zaczął odzyskiwać przytomność. ,,Ile ja wczoraj wypiłem…?”, przemknęło mu przez głowę. Odkrztusił ciepły, metaliczny płyn, który spłynął mu po pysku przywierającym do zimnej, twardej podłogi. Westchnął głębiej, a ogłuszający zapach krwi zapiekł go z tyłu gardła. Znów kaszlnął, tym razem o wiele mocniej, a przepona spięła się boleśnie wraz z posiniaczonymi żebrami. ,,Chyba, kurwa, za dużo”. Jęknął, a ten gwałtowny przypływ bodźców nieco go otrzeźwił. ,,Albo, co gorsze… W ogóle”. Ta myśl dodała mu motywacji. Uniósł powieki, a obraz, który mu się ukazał, był zamazany i lekko falował. Przełknął ślinę i resztkę krwi, którą wcześniej odkrztusił. Zaczęło mu się kręcić w głowie, a żołądek podszedł do gardła. Wilk zamknął powieki, próbując uspokoić swoje ciało. Poczuł mrowienie w lewej przedniej łapie i zorientował się, że leży na zdrętwiałym boku. Nie wiedział, czy ból w kończynie spowodowany był odcięciem dopływu krwi, czy jakimiś obrażeniami. ,,Chyba rzeczywiście nie piłem. O kurwa...”. Po raz pierwszy w życiu pomyślał, że naprawdę wolałby mieć kaca.
Nagle coś szczęknęło i rozległo się metaliczne skrzypnięcie. Otworzył oczy i ujrzał jasną plamę pod przeciwległą ścianą pokoju, ruszającą się i przyciskającą do skały oświetlonej jedynie zimnym światłem wpadającym przez drzwi. Odetchnął, a obłok pary zakrył mu oczy. Ujrzał, jak pochyla się nad nim jakaś sylwetka, poczuł obcy zapach. Do jego uszu dotarł poddenerwowany, obcy głos, a po chwili odpowiedź. Słowa zlewały mu się w jedno.
Świat wirował. Każdy skurcz serca sprawiał, że obraz pokrywał mu się czarną mgłą. Nie wiedział, co się dzieje, ani nie pamiętał tego, co stało się wcześniej.
Ostre zimno przecięło mu łapę, rozległ się krzyk, głośne przekleństwo i plaśnięcie, następnie skowyt. Do nosa wdarł się gryzący zapach metalu. Spojrzał na swoją kończynę i dostrzegł, jak wylewająca się z długiego nacięcia krew formuje pod nią niewielką kałużę. ,,Czy to… czy to moja noga…?”, przemknęło mu przez myśl, jednak zanim zdążył znaleźć odpowiedź, coś ciężkiego upadło mu za głową, powodując, że wszystko na moment zrobiło się czarne. Oddychał płytko, a z pyska wydarł się niekontrolowany krzyk, gdy głośny huk rozerwał mu czaszkę. Nieznajoma sylwetka rzuciła coś ostro, jednak Aarved był zbyt ogłuszony, aby to zrozumieć. Łapy mu drgnęły, gdy obcy wilk owijał wokół nich gruby sznur.
Zaczął walczyć o odzyskanie pełnej świadomości. Nie był u siebie w domu, nie zabalował ostro poprzedniego wieczoru, nie stracił większości swojej magii na durne zabawy z kumplami... Coś było nie tak, czuł to. Miał też wrażenie, że nie powinien próbować walczyć. Jeszcze go nie zabili. Gdyby nie mieli powodu, już dawno jego zwłoki dziobałyby kruki. Będą go torturować? Chodzi o paczkę? Może o ojca? Poddał się temu, co miało go spotkać. Przynajmniej na razie.
Poczuł, jak dwa wilki chwytają go za kark. Zagryzł zęby. Świat zawirował, gdy przeciągnęli go na nosze. Przez chwilę miał wrażenie, że się unosi. Nie czuł nic, zupełnie, jakby wyrwano mu duszę z ciała.
Przeraziło go to. Usiłował otworzyć oczy, próbując przekonać samego siebie, że dalej jest w tej zimnej, mokrej celi, jednak jedyne, co widział, to biel. Czy… Czy tak wyglądała śmierć?
Nie, dalej żył. Dalej słyszał swoje serce. Ten znajomy odgłos, który towarzyszył mu podczas nocy w domu matki, kiedy był zbyt głodny, aby usnąć. Przypomniał sobie, jak pierwszy raz spotkał ojca, gdy stanął on na progu tego niewielkiego, zaniedbanego mieszkania, jego wzrok pełen troski i szoku. Nagle zieleń tęczówek znikła, zastąpił ją błękit. Yothiel uśmiechnął się w półmroku, jego pysk oświetlony był jedynie płomieniami ogniska w tle.
- Mógłbym tutaj zostać już na zawsze, razem z tobą. - uśmiechnął się ciepło, ale po chwili odwrócił głowę, spoglądając z melancholią w dal. - W takich momentach wydaje mi się, że reszta świata nie istnieje, jesteśmy tylko my i zapominam o tym, co kiedyś było… A potem muszę wrócić do tego wszystkiego. Mam wrażenie, że za każdym razem boli to bardziej niż poprzednio.
- Thi… - usłyszał swój głos Aarved. Widział, jak kładzie łapę na kończynie basiora, jednak ten nie odwrócił wzroku. - Ja…
Ale wspomnienie się urwało. Płomienie ogniska zaczęły się wić na boki, a potem rozmazywać w jasną, oślepiającą plamę. Wojownik poczuł, jak coś trąca go w bok. Rozchylił powieki.
Po przetrwaniu kilku sekund pulsującego bólu głowy, który wywołało wpuszczenie światła słońca za źrenice, zorientował się, że nie jest już w tym ciasnym, ciemnym pomieszczeniu - wręcz przeciwnie, nad swoją głową ujrzał plandekę, przez którą przebijały się promienie słońca, a obok siebie - leżącego połańca. Do nosa dostał się zapach reniferowego futra. Byli w powozie. Skierował swój wzrok na tyły furmanki, patrząc, jak jadą przez leśną ścieżkę, a mijane drzewa stają się coraz mniejsze i mniejsze.
- Jastes? Co się… - wydukał zdezorientowany wilk, próbując przypomnieć sobie, co się stało wcześniej. Khado nie odpowiedział. Uniósł przednie łapy obwiązane grubym sznurem i to wystarczyło Lerdisowi.
Spojrzał na własne kończyny. Ujrzał dwie długie rany biegnące od nadgarstków aż po łokcie. Nie były głębokie, ale sądząc po brudnej sierści wokół nich, upuściły sporo krwi. ,,Dlaczego..?”, zadał sobie pytanie. Dlaczego go nie zabili? Dlaczego próbowali go ratować przed magicznym wyczerpaniem? Zaczął się zastanawiać, czy powinien się z tego cieszyć, czy wręcz przeciwnie… Zabił kilku ich towarzyszy, a oni się nie zemścili... Jeszcze. W takim razie jak straszny los ich czeka?
Oblizał się po nosie. Znał odpowiedź. Poczuł, jak strach go paraliżuje, wiedział jednak, że poddanie się mu to najgorsze, co może teraz zrobić - mimo że to nie było łatwe. Myśli pędziły, napędzając powoli rosnącą panikę. Dlaczego ich napadli? Gdyby byli zwykłymi złodziejami, szukającymi szybkiego zarobku, nie walczyliby do upadłego. Uciekliby po pierwszej kuli ognia. Musiało chodzić o tę przeklętą paczkę, od samego początku wiedział, że coś jest nie tak, że nie wysyłaliby posłańca z obstawą, gdyby nie było to coś ważnego. Do cholery jasnej, czemu dowództwo nie poinformowało ich lepiej? Dlaczego nie powiedzieli, co jest w tej paczce?
Nagle się zatrzymali. Oba basiory napięły się, stawiając uszy na sztorc. Renifery ciągnące powóz parsknęły, a w oddali odezwały się niewyraźne głosy. Wilki wymieniły zaniepokojone spojrzenia, wspólnie przekazując sobie wsparcie.
Przy tyle powozu ukazała się wysoka sylwetka. Wilczyca była smukła, miała jasną sierść z malinowymi akcentami oraz szpiczaste uszy. Gdyby nie długa, brzydka blizna przebiegająca przez lewy policzek, prawdopodobnie spowodowana poparzeniem, mordercze spojrzenie oraz niekompletne, brudne futro, mogłaby uchodzić za uroczą.
Obok niej stanął niski basior o krępej posturze i popielatej sierści. Miał krzywo obcięte uszy, a jego oczy nie zatrzymywały się w jednym miejscu na więcej niż dwie sekundy.
Widać było, że to rzezimieszki.
Trzecia postać na pewno nim nie była.
W pole widoku wsunął się wysoki śnieżnobiały Sivarius. Jego pysk był długi i smukły, z lekko zaokrąglony, a futro na szyi, które wystawało spod koronkowego kołnierza - uczesane. Nosił kubrak z barwionej na jasny fiolet skóry oraz długi, gruby płaszcz uszyty z tchórzy.
Wzrok Aarveda zatrzymał się jednak na czymś o wiele bardziej subtelnym - niewielkiej, srebrnej broszce. Była okrągła, przedstawiała pochyloną głowę wilka, w którego pysku tkwił zielony kryształ. Łeb otaczał pierścień starych run, których rogacz nie potrafił odczytać. Biżuteria wyglądała na coś więcej niż tylko ładną ozdobę. ,,Symbol?", zadał sobie pytanie samiec. ,,Wataha?". Przeszył go zimny strach. Gorączkowo zaczął przetrząsać pamięć w poszukiwaniu znaków rozpoznawczych grup przestępczych Królestwa, ale wokół nich krążyło tyle legend, że nie potrafił oddzielić prawdy od mitów. Słyszał wiele na temat brutalności gangów i mimo że większość tych opowiadań była zmyślona na poczekaniu podczas picia piwa ze znajomymi, teraz to wszystko do niego wróciło ze zdwojoną siłą.
Poczuł, jak coś naciska na jego kark. Wstał chwiejnie na łapy, a jego ciało momentalnie poleciało na bok, na ścianę wozu. Napięty sznur oplatający jego szyję napiął się, zmuszając basiora do zejścia z platformy chwiejnym krokiem.
- Co wyście mu zrobili? - rozległ się zimny głos. - Naćpaliście go?
Wadera spojrzała na Sivariusa tak, jakby sobie z niej zakpił.
- Miał być silny magicznie, a ledwo stoi.
Aarved kierował wzrok to na białego wilka, to na wilczycę, której pysk wykrzywił się w wściekłości.
- Ciesz się, że w ogóle żyje. Najchętniej rozjebałabym mu łeb za to, co zrobił. Trzymaj - Wepchnęła mu koniec sznura w wypielęgnowane futro na sierści. - I wypierdalaj.
Kłapnęła zębami koło pyska rogacza, po czym odwróciła się na pięcie i odeszła, niemalże parując z furii.
- Ja bardzo za nią przepraszam - wtrącił się niższy samiec. Podkulił ciało i zadarł głowę, tak, jakby miał polizać Sivariusa po brodzie. - Bardzo przepraszam Panie, ona…
- Zamilcz - warknął basior, odtrącając go od siebie. Aarved dopiero teraz zauważył, że za wysokim samcem stała spora grupa wilków. Wszystkie ubrane był w podobne, ciemne kubraki z zielonymi szwami i wbudowanymi, szerokimi kapturami. Wszystkie wbijały swoje spojrzenie w dwóch więźniów. Zadrżał. Poczuł się jak ofiara, jak zraniona sarna otoczona przez myśliwych.
Wysoki basior, który najwyraźniej był ich przywódcą, przekazał kraniec sznura jednemu z zakapturzonych z wyraźnym obrzydzeniem. - I zejdź mi z oczu.
Rozwiązał magią poły swojego płaszcza i wyciągnął z niego wypełnioną po brzegi sakiewkę. Oczy wilka z obciętymi uszami poszerzyły się, a źrenice błysnęły. Sivarius cisnął ją na pobocze drogi. Rzezimieszek rzucił się za nią i uciekł, skomląc głośno,gdy reszta watahy pogoniła za nim w kakofonii jazgotania, warczenia i przekleństw.
- Hołota - prychnął Sivarius i splunął na ziemię. Przez chwilę patrzył za nimi z wyraźną pogardą, gdy nagle jasne spojrzenie przesunęło się na wojownika. Aarveda przeszedł zimny dreszcz. - Nie wiem, za co im płacę, skoro nie potrafią zrobić czegoś tak prostego... Weźcie ich stąd.  - Odwrócił się do reszty. - Główne wydarzenie musimy przesunąć, dopóki na powrót nie będą wysyceni magią. Miejcie się na baczności i...
Basior został pociągnięty do przodu, jednak zdołał dostrzec coś bardzo ciekawego - gdy Sivarius się odwrócił, zauważył, że jedna z kieszeni jego kubraka była pełna. Wybrzuszenie pasowało rozmiarem do paczki, którą nosił Jastes. Wojownik zmarszczył brwi i próbował jeszcze dokładniej się przypatrzeć, ale wilk trzymający za sznur, brutalnie pociągnął go do przodu.
Szli przez nie więcej niż kilka minut, gdy ich oczom ukazało się obszerne wejście do jaskini, przy którym stało kilka zakapturzonych postaci - tym razem pod bronią. Rozmawiali, jednak gdy Aarved oraz Jastes podeszli bliżej, momentalnie zamilkli. Odprowadzali więźniów wzrokiem, a rogacz nie mógł odpędzić od siebie poczucia, że na coś czekają. 
Zaprowadzono ich do zespołu szerokich jaskiń połączonych ze sobą korytarzami. Lerdis nie wiedział, ile szli - czuł, że jego ciało powoli napełnia się magią, ale poprawa była znikoma. Zaczynało mu szumieć w głowie. 
Przechodzili obok różnych pomieszczeń wyrytych w skale. Nad większością z nich wyryty był ten sam symbol, który widniał na broszcze Sivariusa - głowa wilka z kryształem
otoczona runami. Na ścianach niektórych przejść również wyryto symbole oraz zdania w starożytnym języku, którego wojownik nie potrafił odczytać.
Prowadzący ich basior zatrzymał się nagle, a rogacz ujrzał w półmroku rząd grubych, drewnianych krat. Wbite w nie kamienie magiczne błyszczały w ciepłym świetle pochodni. Obcy samiec otworzył ciężkie drzwi i bezpardonowo wepchnął oba samce za drzwi. Wojownik zatrzymał się przy ścianie, słysząc, jak strażnik odchodzi. Uniósł głowę i spojrzał na towarzysza.
 
<Jastesie? Biedny Aarved znowu ma bardzo zły dzień xd>

Słowa: 1991 = 145 KŁ

piątek, 2 września 2022

Od Yelthany do Xevy

 Przeklęłam cicho pod nosem, podnosząc się z kałuży, na której się poślizgnęłam, biegnąc za złodziejem. Jego czarny ogon zniknął za rogiem rozwalającego się budynku i wiedziałam już, że moja wypłata zniknęła tak szybko, jak spłoszona ryba w wodzie. Moje ciężko zarobione grosze zabrał byle jaki złodziejaszek, tylko dlatego, że zajęłam się oglądaniem jakiegoś szczeniaka, próbującego wcisnąć staruszce szary naszyjnik. Chcąc wiedzieć, czy młodemu się uda i spełni wymagania naszego ponurego świata, nie zauważyłam, kiedy obok mnie przechodził obcy wilk, który sięgnął do mojej torby i wyciągnął brązową sakiewkę. Gdy poczułam różnice z boku i się odwróciłam, złodziej już uciekał. Instynktownie ruszyłam w pogoń i chociaż siedziałam mu na ogonie, za samcem nagle pojawiła się kałuża wody. Kałuża jak kałuża – a jednak nie. Tę, którą basior stworzył, pokrywała cienka warstwa lodu. Nie zdążywszy zmienić kursu, wpadłam w pułapkę, poślizgnęłam się i tak o to straciłam swoje pieniądze.
- Mógł chociaż zaczekać, aż sobie żarcie kupie – wymruczałam pod nosem.
Teraz miałam trzy opcje. Pierwsza, to odnalezienie złodzieja. Wiedziałam jednak, że mogę nie zdążyć go odnaleźć, nim nie wyda lub schowa moich pieniędzy. Druga opcja to polowanie w lesie. Problem jednak polegał na tym, że nie do końca potrafiłam polować. Jako szczenię łatwiej było kogoś okraść lub wziąć kogoś na litość, robiąc ładne szczenięce oczka, niż zapolować na jakiekolwiek zwierzę, nawet te najmniejsze. Została więc mi trzecia opcja; znalezienie ofiary, którą można łatwo zrabować.
Nim jednak zabrałam się za poszukiwania ofiary, poszłam nad pobliskie jezioro, w którym najczęściej znajduje starych znajomych. Miałam nadzieję, że któryś poratuje mnie paroma monetami (lub pomoże odnaleźć winowajcę). Gdy dotarłam na miejsce, zauważyłam, że przy zbiorniku wodnym nikogo nie było, oprócz jednego wilka. Nie rozpoznałam w nim nikogo, kogo znałam. Prawdopodobnie moi znajomi postanowili tego dnia pospacerować gdzieś indziej – akurat jak ich potrzebowałam. Westchnęłam zrezygnowana i nie chcąc ich już szukać, rozejrzałam się ponownie po miejscu. Mój wzrok napotkał torbę, leżącą nie daleko wody, w której do połowy był zanurzony nieznajomy mi wilk. Od razu wszystko przekalkulowałam: wilk zostawił torbę, on jest w wodzie, a w torbie musi coś być.
Nie myśląc za długo i wiedząc, że lepszej okazji nie napotkam, zakradłam się do torby. Wilk szukał czegoś w wodzie, więc na spokojnie podeszłam do zdobyczy. Chwyciłam ją powoli w zęby, a wtedy nieznajomy poruszył uszami i odwrócił głowę. Była to samica, która szybko pokazała kły.
- Zostaw to – powiedziała spokojnie i wyraźne. Ja tylko uśmiechnęłam się do niej krzywo, unosząc jeden kącik ust do góry, po czym poderwałam się do ucieczki.
Za sobą usłyszałam głośny chlupot wody. Samica szybko wyskoczyła z wody i popędziła za mną. Słysząc, jak szybko pokonała odległość między sobą a torbą, będąc w wodzie, wiedziałam, że była szybsza. Inny wilk zrobiłby to dwa razy wolniej, a może by nawet później niż ona zdał sobie sprawę, co się stało. Skręciłam ostro w lewo i wbiegłam do lasu, wskakując na pierwszą gałąź, jaka była wystarczająco nisko, by móc się z łatwością na nią wspiąć. Wskoczyłam jeszcze gałąź wyżej, wdrapałam się na górę po korze, po czym zatrzymałam się 6 metrów nad ziemią. Nieznajomy wilk przebiegł obok drzewa. Obserwowałam go, jak biegnie dalej, zatrzymuje się, skręca, biegnie, zatrzymuje się i wącha. Zaczęła krążyć i wtedy zobaczyła moje ślady, mniejsze od jej, odbite w śniegu i kończące się przy drzewie. Zadarła głowę do góry.
- Oddawaj to złodzieju! – zażądała. – I tak nie masz gdzie uciec – dodała. Ignorując ją, wsadziłam pysk do torby, poszukując pieniędzy.
Wyciągnęłam łeb i telekinezą wywróciłam torbę do góry nogami, a cała jej zawartość poleciała na śnieg.
- Serio? Ukradłam torbę z muszelkami?  - zapytałam samą siebie. – Z cholernymi muszelkami? Ja tu głodna chodzę i nawet żadnego kawałka jedzenia nie masz? – powiedziałam trochę głośniej, po czym puściłam torbę, która poleciała pod nogi samicy. – To jest upadek na samo dno – westchnęłam, zeskakując dwie gałęzie niżej. Nie miałam zamiaru skakać na ziemię, nie byłam pewna, czy nieznajoma mnie nie rozszarpie. Chociaż za co? Oddałam jej głupie muszelki.

<Xeva?>
Słowa: 646 = 37 KŁ

Yelthana

 Autorem rysunku jest Adulara#2921
 
 „Świat się zmienia, słońce zachodzi, a wódka się kończy”
 
Imię: Yelthana (czyt. Jeltana). W skrócie – Yel
Ród: Yelthana z matki Kory
Wiek: 6 lat
Płeć: Wadera♀
Rasa: Folix z matki. Różnice w jej wyglądzie muszą być przyczyną innej rasy ojca, którego nie zna.
Stan: Polutia
Stanowisko: Oddani
Upomnienia: 0
Charakter: Mówi się, że to samce nie potrafią dorosnąć; ona jest przykładem wyjątku, w którym to samica nie potrafi dorosnąć.
Wszędzie jej pełno, lubi wciskać swoje pięć groszy, uwielbia mieć rację i często wytyka innym błędy. Jest pełna marzeń i ma bogatą wyobraźnię, która ją motywuje do poszukiwań nieznanego. Łatwo nawiązuje znajomości, które częściej są jednodniowe niż na stałe. Bardziej wredna i uszczypliwa, niż przyjazna i uśmiechnięta. Wygląda, jakby wiecznie jej coś nie pasowało. Potrafi się wykłócać godzinami, jeśli wie że ma słuszność i ma dobre argumenty, chociaż bardzo często nie potrafi ubrać swoich myśli w słowa, przez co z jej ust wychodzi dziwna paplanina, którą nie każdy zrozumie. Nienawidzi być w centrum uwagi, nie ma pojęcia jak się wtedy zachować. Często ma głupie pomysły i lubi kogoś zaciągać do swoich planów, chociaż ona sama nie przepada za pomaganiem innym. Jest trochę egoistyczna, nie jest bezinteresowna. Nie przywiązuje się do innych, bo nie ma czasu na głębsze relację, mimo tego ma wielu znajomych. Chociaż wydaje się, że jest obojętna na uczucia innych, nienawidzi gdy ktoś gnębi drugiego. Sama nie czuje żadnej radości czy satysfakcji z poniżania słabszych, dlatego często staje w ich obronie, chociaż niechętnie. Z jednej strony nie może na to patrzeć, z drugiej nie lubi pomagać - jak to pogodzić? Oczekuj, że kiedy nadejdzie odpowiednia chwila, wróci abyś spłacił dług. Bardzo pamiętliwa i chętna zemsty za swoje krzywdy, co czasem doprowadza ją do szaleństwa, gdy nie może nic zrobić. Nienawidzi siedzieć bezczynnie. Lubi podsłuchiwać i podglądać innych z czystej ciekawości. Kiedy ktoś szuka w niej wsparcia, postara się go dać, ale nie da się ukryć, że jest beznadziejną pocieszycielką; sama świetnie sobie radzi z problemami i łatwo odnajduje rozwiązanie, ale jeśli chodzi o innych, to trudniejsze. Sama samica nikomu się nie żali i nie opowiada, co jej leży na sercu, nie ważne, jakby ją to zżerało. Nie cierpi mówić o sobie, nie wie jak zareagować, gdy ktoś ją komplementuje bądź dzieli się swoimi uczuciami. Można by rzecz, że jest zielona w czułych relacjach między wilkami.
Wygląd: Yel to mała wadera, która łatwo się przeciśnie przez niemal każdą wnękę. Wyglądem przypomina lisa, jest tylko od niego trochę większa i silniejsza. Ma niebiesko-białą sierść. Głównym kolorem występującym na całym jej ciele jest jasny błękit, biel można zauważyć pod oczami, na pysku w postaci kreski, zaczynającej się od białego nosa i zwężającej się w kierunku czoła, na klatce piersiowej w postaci dużej plamy, zaczynającej się pod brodą, a kończącej na przednich łapach oraz na tylnych łapach zaczynając od łydek. Ma czarne oczy, w których gdy odbija się światło, wyglądają, jakby mieniły się niczym gwiezdna noc. Charakteryzuje się dużymi uszami, bardzo wrażliwymi na ciepło. Na lewym uchu ma dwa szare, okrągłe kolczyki, które nosi odkąd skończyła 3 lata. Ma krótki ogon, a sierść na jej całym ciele również nie jest za długa, nie nadaje się do ochrony przed zimnem. Jednak dzięki swojemu wychowaniu na ulicy jej ciało przystosowało się tak do niskich temperatur, że stało się wrażliwe na ciepło.
Żywioł: Woda, Krew, Lód
Moce:
- Telekineza
- Zamrażanie. Oddechem może zamrażać różne ciecze: wodę, herbatę, krew. Ciecz jednak musi być dostępna, tj. być w zbiorniku, pojemniku. Ciecz jest zamrożona, dopóki samica nie odejdzie na 200 metrów od cieczy. Jej moc ogranicza się tylko do kilku metrów sześciennych,
- Hibernacja. Może zamrozić krew innego wilka i wprowadzić go w stan hibernacji. Niestety w tym przypadku wadera musi oddać większą część swojej niskiej temperatury ciała, przez co robi jej się cieplej. Stan hibernacji może trwać nawet pół dnia, ale kończy się to chorobą Yel.
- Oddychanie pod wodą. Samica wytwarza bańkę wody, która w środku jest wypełniona powietrzem. Może wytworzyć do trzech baniek jednocześnie, powietrza starcza na pół godziny,
- Panowanie nad kroplami. Podczas opadu deszczu lub śniegu, samica panuje nad kroplami lub płatkami. Może je zatrzymywać w powietrzu, zmieniać ich położenie lub łączyć ze sobą i dowolnie formować,
- Tworzenie lodowych golemów. Są to małe, lodowe, grube istotki. Do prawdziwego golema im daleko, ponieważ te wytworzone przez Yel sięgają tylko do jej torsu. Plus jest taki, że może ich wytworzyć całą masę. Nie wyglądają jakby miały stworzyć jakieś zagrożenie, są małe i urocze, ale dzięki swojej liczebności mogą cię całego obleźć.
Rodzina: Ma tylko matkę. Kora (imię matki) kiedyś była zwykłym mieszkańcem zajmującym się kupiectwem, ale los chciał, że została zgwałcona przez kapłana, którego ominęła sprawiedliwość. Kora więc wzięła sprawy w swoje ręce i zamordowała zboczeńca, mając tylko ponad 5 lat. Po odsiedzeniu swojej kary, zniżyła się do najniższej warstwy społecznej. Będąc sierotą i nie mając nikogo bliskiego, zaczęła się trudnić w prostytucji.
Partnerstwo z: -
Potomstwo: -
Miejsce Zamieszkania: Slumsy w centrum. Mieszka z matką w jaskini, chociaż częściej nocuje w innych miejscach; u znajomych, na zewnątrz, pod mostem, u nieznajomych.
Umiejętności: 
 
Intelekt: 15 | Siła: 5 | Zwinność: 8 | Szybkość: 15 | Latanie: 0 | Pływanie: 12 | Magia: 15 | Wzrok: 10 | Węch: 2 | Słuch: 18 |

Historia:
Urodzona jako córka prostytutki nie miała łatwo – w sumie jak każde szczenię z polutii mieszkające w slumsach. Chowała się sama, matka dała jej jasno do zrozumienia, że była wypadkiem przy pracy, więc jeśli chce żyć, ma sobie radzić sama. W taki sposób mała wilczyca wałęsała się po całym Centrum. Gdyby nie dobroć innych wilków i rzadkich przejawów miłości od strony matki, padła by z głodu. Szybko zaczęła sprzątać w świątyni jako oddana, była to propozycja jednej samicy, której znajoma tam pracowała. Dzięki temu szczeniak miał stały dochód i nie musiał się martwić o następne dni. Wolny czas spędzała ze znajomymi, takimi samymi jak ona: niechcianymi szczeniakami z polutii. Dzięki wychowaniu na ulicy, nauczyła się kraść i kłamać oraz nauczyła się, że przetrwa tylko najsilniejszy lub najsprytniejszy.
Inne:
- Ma zadatki na alkoholika. Pije rzadko, tylko wtedy, gdy jest okazja, ale wtedy nie zna umiaru. Ponad to ma mocną głowę,
- Bardzo źle przeżywa temperatury powyżej 0 stopni. Od razu zaczyna gorączkować, wymiotować i mdleć,
- Gdy była mała i próbowała ukraść biżuterie, sprzedawca ją przyłapał, a następnie dogonił i mocno ugryzł w ogon. To była dla niej niezła nauczka, ponieważ ogon przestał jej rosnąć,
- Jej matka gdy była młoda należała do rodu Skarabeusza. Niestety po incydencie, jakie miał miejsce w jej przeszłości, rodzina się jej wyrzekła. Yel wierzy, że kiedyś uda się naprawić czyny matki,
- Potrafi wspinać się na drzewa jak mało kto, ma również cudowny głos, ale śpiewa tylko gdy się napije,
Autor: Pande.#5497

Layout by Netka Sidereum Graphics